wtorek, 1 kwietnia 2014

Misja cz. III

I mamy kolejną część mojego tworu, którego NIE POWINNO SIĘ CZYTAĆ. :)
 
 
Inaya i Elizabeth siedziały za sterami, podczas gdy Heilari ucięła sobie drzemkę w którymś z mini pokojów. Moim zadaniem było pilnowanie Leightona. Gdy tylko przebrałam się z suche ubrania, usiadłam w fotelu nieopodal związanego kablami mężczyzny i wyjęłam z kieszeni telefon. Mutantka wcześniej go ogłuszyła, więc aż do pewnego momentu nie sprawiał żądnych kłopotów.
- Gdzie jestem?... - niemrawo wyszeptał.
- W samolocie, w drodze do LA.
Prychnął ze złością, ale nie przejęłam się jego humorem. Gość miał ponad czterdzieści lat i mogłabym nazwać go sympatycznym facetem, gdyby nie to, że wiedziałam jak zarabia na życie. Ludzie z branży nazwali go „Konstruktorem”. Zna się na najgroźniejszych technologiach znanych człowiekowi i tę wiedzę wykorzystuje w najgorszy możliwy sposób. Zawiera umowy z terrorystami i dyktatorami. Wątpiłam, że odczuwa czasami wyrzuty sumienia.
Kiedy wylądowaliśmy w bazie SO w Los Angeles, Heilari kazała swoim dwóch agentkom zająć się Leightonem i uważać, by nikt niepożądany nie zamienił z nim słówka. Szpiedzy mogli czaić się wszędzie.
Piętnaście minut później znowu byłyśmy w powietrzu. Tym razem obydwie siedziałyśmy w kokpicie pilotów.
- Po co lecimy do Nowego Jorku? - zapytałam od niechcenia.
Na zewnątrz było już jasno.
- Muszę się spotkać z Hadesem – odparła dość ponuro.
- Kto nim jest? To znaczy Clint radził sobie dobrze, ale miał bliżej raczej do końca drogi...
- Obecny Hades to szczeniak. Ale cenią go ze względu na moc.
- To znaczy?
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Blokuje moce innych.
Zdziwiłam się, a ona wydawała się być usatysfakcjonowana moją miną.
- Twoją też? - zadałam to pytanie z drobnym wahaniem.
- Lepiej żeby wszyscy tak myśleli.
SO to dobrze rozwinięta i świetnie zorganizowana organizacja szpiegowska, zrzeszająca mutantów z całego świata. Liczba ich baz robiła wrażenie nawet na wysokich urzędnikach, a poziom wyszkolenia agentów także przynosił wstydu szefostwu. Baza w Nowym Jorku należała do jednej z najlepszych placówek w kraju. Wylądowałyśmy na prywatnym lotniku i niemal natychmiast otrzymałyśmy kluczyki do czarnego mercedesa. Leciałyśmy cały dzień i niebo zaczęło szarzeć, ale Heilari spieszyła się i nie chciała robić przerwy. Wyjechałyśmy z podziemnego parkingu z piskiem opon.
- Gdyby co... piszesz się na jakąś akcje?
- Jaką?
- Zobaczymy czy w ogóle coś się trafi. - Wzruszyła ramionami. - Ale raczej nie chcesz wracać do domu, hmm?
Pokręciłam głową. W samolocie co pięć minut dzwoniłam do Ray'a, chcąc wyjaśnić wszystko, co zaszło poprzedniej nocy. Heilari zabrała mi komórkę i zagroziła, że jeśli jeszcze raz spróbuję się z nim skontaktować, to wyrzuci mnie przez okno.
Zatrzymałyśmy się przed barem w dość ruchliwej okolicy, a widząc szyld na moją twarz natychmiast wpłynął promienny uśmiech. Wysiadłyśmy z samochodu i pewnym krokiem przekroczyłyśmy próg niedużego lokalu, który nie był jeszcze zapchany klientami.
Za barem stał niski, łysy mężczyzna z kilkunastoma kolczykami na twarzy i uszach. Jego cherlawe ciało zdobiło mnóstwo więziennych tatuaży. Miał na sobie dość zniszczone ubrania, a w rękach trzymał kufel, który leniwie wycierał wysłużoną szmatką. Podniósł na nas wzrok i natychmiast rozłożył ręce w geście powitania.
- A kogóż to moje piękne oczy widzą! Remy!
Szybko podeszłam do niego i uściskałam go tak mocno, że zaczął pokasływać.
- Nie pal tyle, Wróbelku! - skarciłam go, wyczuwając charakterystyczny smród.
- Nie palę, to klienci! - odparł z miną niewiniątka, a chwilę później zmierzył mnie wzrokiem i niemal ze wzruszeniem powiedział:
- Wyrosłaś, dziecino. Pamiętam jak przychodziłaś tu z tatą.
Wywróciłam oczami i usiadłam na stołku, Heilari przyłączyła się do mnie, gdy odwiesiła kurtki.
- Co u ciebie słuchać, córcia? Jak idzie interes? Przeniosłaś się tu? Przydałby mi się zaufany fałszerz... - Znacząco poruszył brwiami.
- Nie rób robi nadziei, Wróbel – odpowiedziała za mnie mutantka. - Ma legalny biznes i dopilnuje, by nie wmieszała się jakieś gówno. A teraz polej nam tequili, co łaska. 
- Wielka szkoda – westchnął, stawiając przed nami małe szklaneczki. - Ciężko teraz o kogoś porządnego.
- Może kiedyś...
Heilari wypłynęła na mnie spod byka, więc uśmiechnęłam się przepraszająco i jednym haustem opróżniłam szklankę.
- Jeszcze raz – powiedziałam. - Mamy zły dzień.
Dolał mi i zostawił butelką na blacie, kiwając głową ze zrozumieniem.
- To o której masz spotkanie? - zapytałam.
- Daje mu dziesięć minut, a potem idziemy stąd.
- Więc mam dziesięć minut żeby się upić.
Dolewałam sobie piątą kolejkę, gdy Heilari podniosła się z miejsca i uścisnęła dłoń, komuś kto przed chwilą wszedł i do nas podszedł. Kiedy z mocą odłożyłam naczynie, odwróciłam się i prawie spadłam z krzesła.
- Ej! To mój stajenny! - powiedziałam nieco za głośno.
Aiden Flatts był zdziwiony równie mocno jak ja. Co prawda okazywał to trochę subtelniej, ale jednak.
- To jest twój Hades? Mój stajenny? - zwróciłam się do Heilari, nieco bełkocząc.
Kobieta wodziła wzrokiem między nami, ale szybko się otrząsnęła.
- Nie ważne. Skupmy się.
Chłopak uśmiechnął się do mnie niepewnie, ale widząc, że nie drążę tematu, a zamiast tego zabieram się za nalewanie alkoholu, spokojnie usiadł obok Heilari i zamówił sobie piwo.
Przez jakiś czas wpatrywałam się w telewizor. Nadawali jakiś mecz koszykówki...
- Pssst, Wróbelku... - szepnęłam.
Barman spojrzał na mnie, na pustą butelkę, a potem znowu na mnie. Pokręcił głową.
- Nie bądź taki...
- Remy, nie powinnaś.
- Nie jestem Remy...
Skołowany barman wzruszył ramionami. Opadłam na bar, a po chwili wylegiwania się i symulowaniu płaczu podniosłam się i zaczęłam stukać Heilari w ramie. W końcu odwróciła się do mnie z miną z serii: „czego znowu chcesz, zachlana wariatko?”.
- Skop Wróbelkowi dupę – powiedziałam tonem dziecka, któremu starsi koledzy zabrali zabawkę.
- Sama to zrób.
- Boję się...
- To siedź cicho.
Ponownie ułożyłam głowę na blacie, a potem znowu zaczepiłam zmęczoną moim zachowaniem Heilari.
- Daj mi telefon.
- O na pewno nie.
- No daj, muszę do niego zadzwonić i błagać o wybaczenie...
- Nie ma mowy.
Odwróciła się, a Wróbel podszedł do mnie i wręczył chusteczkę, widząc, że zbiera mi się na płacz.
- Powiedział, że mogę już nie wracać... - zawyłam cichutko, ale i tak sprowadziłam na siebie uwagę osób, które znajdowały się najbliżej.
- Kto, kochanie? Mogę wysłać kilku chłopców, żeby się zajęli tym debilem.
- Nie, to moja wina. - Żałośnie pociągnęłam nosem. - Praktycznie go zdradziłam. Jestem beznadziejna.
- Nie jesteś, no już, nie płacz – pocieszał mnie, ale na nic. Musiał przynieść więcej chusteczek.
- O co chodzi? - zapytał Aiden.
Chciałam mu odpowiedzieć, ale mój płacz przeszedł na wyższy poziom i nie mogłam z siebie wykrztusić ani słowa. Heilari streściła historię, a on pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Weźcie ją ze sobą, bo nie mogę patrzeć... - powiedział Wróbel do dwójki.
- A-ale gdz-dzie...? - wydukałam, łapiąc oddech.
- Do Włoch. Mamy tam małą anomalię, której trzeba się pozbyć... - wyjaśniła mutantka.
Szybko wytarłam łzy i wydmuchałam nos. Odrzuciłam kolejną chusteczkę do kosza, który zapełniłam już niemal w stu procentach.
- Piszę się. Proszę, muszę skupić się na czymś innym.
Aiden i Heilari wymienili się spojrzeniami. A po krótkiej nardzie zgodzili się mnie zabrać.
- Zabiorę sprzęt do hotelu i wrócę do was. Pilnuj, żeby nic nie odwaliła – powiedziała mutantka w kierunku chłopaka, który skinął głową i zerknął na mnie ze zmartwioną miną.
- Wszystko gra? - zapytał.
- Nie, ale miło, że pytasz.
- Wygadaj się.
- Ty jakoś nie chciałeś się wygadać i powiedzieć kim naprawdę jesteś.
Przekręcił głowę i popatrzył na mnie znacząco.
- Okey, nie mogłeś, wiem... - odpowiedziałam sama sobie i westchnęłam. - To tylko trochę dziwne nagle się dowiedzieć, że gość, którego się zatrudniło do wynoszenia gnoju z boksów jest najlepszym zabójcą SO.
- Nie wiedziałem, że w tym siedzisz, wybacz.
- Nie siedzę... Byłam raczej „tą złą” przez jakiś czas. Dlatego znam Wróbelka – uśmiechnęłam się do barmana, który szybko odwzajemnił gest, obsługując kolejnego klienta.
- Muszę przeczytać twoje akta, bo zżera mnie ciekawość – powiedział wesoło.
- Jest co czytać... - Uśmiechnęłam się.
Po kilku minutach przyszła po nas Heilari.
- Ja zapłacę – zaproponował Aiden, ale Wróbelek zaprotestował.
- Firma stawia – powiedział. - I Remy, gdyby co to przyjdź i daj mi namiary na tego gościa. Stłuczemy go aż miło.
Uśmiechnęłam się krzywo i opuściliśmy lokal nazwany na cześć właściciela „Wściekły Wróbel”. Od hotelu dzieliło nas kilka przecznic, które pokonaliśmy spacerem, bo Heilari zostawiła auto już pod budynkiem. Trzymana z jednej strony przez mutantkę, z drugiej przez stajennego-mordercę, jakoś doczłapałam się do punktu docelowego. Na chwilę usiadłam na fotelu przy recepcji i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Poruszałam się, chociaż nie dotykałam nogami podłogi. Coś było nie tak, powolutku otworzyłam oczy i zobaczyłam Aidena.
- C-co... - wymamrotałam, chcąc zapytać, co się dzieje.
- Cii, wszystko jest okej – szepnął, a idąca obok Heilari parsknęła śmiechem. Nikt nie potrafi parskać z taką pogardą.
- Schlałaś się, dziecino i tyle. Jutro o dziesiątej mamy lot, więc powodzenia.
- Da radę – wstawił się za mną.
- Dzii... - podziękowałam mu.
- Dobra, do jutra – powiedziała mutantka i weszła do swojego pokoju.
Aiden wniósł mnie do, jak się domyśliłam, mojego i delikatnie położył na łóżku.
- Będziesz miała kaca jak stąd do Kambodży – zachichotał, przykrywając mnie kołdrą.
Chociaż głowa nie działała tak sprawnie jakbym chciała, to ręce już bardziej, więc pociągnęłam go na koszulkę z wizerunkiem szczura. Zamierzałam po prostu go szarpnąć na znak, że ma nie żartować z mojego samopoczucia, ale jakoś tak wyszło, że w sumie przyciągnęłam go do siebie, A co robi porzucona, pijana Ruska, gdy na przed sobą zupełnie niebrzydkiego super szpiega? Całuje go.
Zdawało mi się, że na chwilę całkiem otrzeźwiałam, a ktoś ukryty pod łóżkiem potraktował mnie paralizatorem. Aiden był zbyt zaskoczony moją inicjatywą bo nie przerwał tego tak szybko, jak mogłam się spodziewać. Kiedy na chwilkę otworzyłam oczy zobaczyłam, że nie wygląda na zaskoczonego, a raczej na dość zadowolonego. Uśmiechnął się do mnie i przysiadł na brzegu łóżka.
- Przemyśl to – powiedział, nadal nie mogąc powstrzymać uśmiechu. A ja jak ostatnia idiotka zaczęłam się chichrać i ukryłam czerwoną twarz w poduszce.

Misja cz. V

Byłam wykończona podróżami i ciągłym nadążaniem za Heilari. Od razu padłam na łóżko i zasnęłam, a gdy o świcie rozległo się dudnienie, postanowiłam zabić tego, kto ośmielił się łomotać w moje drzwi. Cudem powstrzymałam się od wyciągnięcia pazurów, podczas otwierania wrót. Posłałam mordercze spojrzenie chłopakowi, który stał na korytarzu z beztroską wypisaną na twarzy. Zdziwił się na mój widok, ale szybko aktualizował dane i uśmiechnął się zaczepnie. Miał czarne, gęste włosy, które tworzyły artystyczny nieład. Niebieskie oczy przyglądały mi się z mieszaniną zaciekawienia i drapieżności. Sądząc po jego ubraniu, nie przejmował się wyglądem. Miał na sobie wygniecione i przetarte do granic możliwości jeansy, brudne trampki, koszulkę z lokiem jakiegoś zespołu i czarną, motocyklową kurtkę. Podróbkę z resztą...
- Czego? - warknęłam niecierpliwie., gdy zamiast przedstawić powód swej wizyty, dokładnie analizował krój mojej bluzki. 
- Pomyliłem pokoje, ale jeśli przypadkiem potrzebujesz towarzystwa...? - Uśmiechnął się w dziwnie zadziorny i ekscytujący sposób. 
Po akcencie poznałam, że nie jest miejscowym, a pochodzi raczej z południa Stanów Zjednoczonych. Uniosłam brew i pokręciłam głową, dając znać, że nie znajdzie tu szczęścia. 
- Twoja strata. - Wzruszył ramionami.
Ruszył pod kolejne drzwi. Wychyliłam się na korytarz, bo chłopak zaczął dobijać się do Heilari, a to mogło skończyć się w najlepszym razie połamaniem wszystkich kończyn. Zdziwiłam się gdy nie usłyszałam jej wrzasków. Kierując się ciekawością podeszłam do nich, a czarnowłosy natychmiast wyszczerzył się w uśmiechu.
- Co? Zmieniłaś zdanie? - Poruszył brwiami w prawie zabawny sposób. 
- Nie, zastanawiam się dlaczego jeszcze żyjesz - odparłam i pytająco zerknęłam na mutantkę.
- Ruska, powinnaś wracać do pokoju - powiedziała sztywno. 
- Chętnie poznam twoich przyjaciół, mamo - zaprotestował, a ja cicho parsknęłam po usłyszeniu jego słów. 
Heilari zacisnęła dłonie w pięści i zamknęła za sobą drzwi, wychodząc na korytarz. 
- Słyszałem, że jesteś w mieście, więc pomyślałem, że wpadnę się przywitać - dodał teatralnie grzecznym tonem.
- Nie jesteś moim ulubionym dzieckiem - mruknęła, a ja popatrzyłam na nią z wyrzutem. To nie było miłe...
- Za to najbardziej utalentowanym. - Uśmiech nie schodził mu z twarzy. - No już, zbieraj się. Wiem gdzie jest Kalijo. 
- Niby skąd?
- Nigdy mnie nie doceniałaś. 
- Nie było za co. Rus, za pięć minut zbiórka pod hotelem. Powiedz Aidenowi. 
Skinęłam głową i podeszłam do drzwi Hadesa, gdy mutantka zniknęła w swoim pokoju. 
- Ruska? Ruska, Rus, Rusi, Rusiek, Rusia, Ruzia, Rrrr... Ruska to nie imię. - Chłopak podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami, opierając się o ścianę tuż obok, ze skrzyżowanymi rękami.
- Nie. 
- Więc...? Jak masz na imię?
- Nie przepadam za nim. - Zerknęłam na niego. 
- Szkoda. Ja jestem Neal. 
Uśmiechnęłam się, ale to tylko zachęciło go do podtrzymania rozmowy. 
- Twój kumpel chyba śpi bardzo głęboko.
- Jak na złość...
- Nie podobam ci się? Ej, nie bądź taka krytyczna. Potrafię być czarujący. - Puścił mi oczko, ale w tym momencie otworzył mi Aiden i przetarł oczy, ledwo kontaktując. 
- Dzień dobry, śpiąca królewno! - uprzedził mnie Neal. - Za trzy minuty szefowa pragnie cię widzieć na dole w pełnej gotowości i uwaga, bo ma paskudny humor. Jak zawsze z resztą...
Hades przez chwilę analizował nowe informacje i nową twarz w zespole, ale szybko potrząsnął głową i wrócił do pokoju by się przygotować. 
- Potrzebujesz może pomocy z jakimś suwakiem, czy czymś...? - zapytał ni stąd, ni zowąd, strzepując z ramienia niewidzialny pyłek.
- Dzięki, poradzę sobie. 
- Szkoda. - Uśmiechnął się pod nosem. 
Nie wiedziałam, że Heilari ma dzieci. Błyskawicznie uszykowałam się do drogi, myśląc o tym. Z pokoju wyszłam jako ostatnia...
- Jej zadaniem jest wyeliminowanie kilku włoskich dyplomatów, którzy są dość nieprzychylni mutantom. Moje źródła twierdzą, że został jej już tylko jeden cel - wyjaśnił Neal, podczas jazdy samochodem. 
Zmierzaliśmy do domu Roberta Bastardo.
- Wiadomo kto jest zleceniodawcą? - zapytała Heilari.
- Nie bardzo.
- Tom Queen?...
- Pasowałoby - odparł, mierząc ją podejrzliwym spojrzeniem. 
- Widziałam go w samolocie, jest tutaj. 
Kilkanaście minut później Heilari i Aiden przekonywali już jednego z najważniejszych posłów rządzącej partii, że potrzebuje naszej ochrony. W tym czasie Neal i Darkehunter mierzyli się wzrokiem w salonie.
- Ten gość mnie przeraża - ten pierwszy powiedział cicho w moim kierunku. 
- To się na niego nie gap. 
- Nie mogę, to hipnotyzuje...
Wywróciłam oczami.
- Zostajemy - oznajmiła Heilari, wchodząc do pomieszczenia. - Bastardo nam uwierzył i obyło się bez telepatii. 
- Kto jest telepatą? - zainteresował się Neal.
- Ona. - Wskazała głową na mnie. 
- Extra - ucieszył się. 
Nikt nie spodziewał się, że zajęta sprawami państwa polityk potrafi przyrządzić tak idealne spaghetti, jakie zaserwował nam na obiad. Staruszek zaskoczył nas także swoją wiedzą na temat starożytnych formacji wojennych. Chociaż nie przepadał za mutantami, był nam wdzięczny za ostrzeżenie i ochronę. Nie poruszaliśmy tematu nowej ustawy, więc nasze relacje były całkiem dobre. 
Przesiedzieliśmy w jego małej willi calutki dzień, czekając aż zjawi się Kalijo. Wieczorem rozłożyliśmy się w salonie, gdzie znajdowały się dwie cudownie wygodne kanapy. Zajęłyśmy je razem z Heilari, a reszta dostała śpiwory do rozłożenia na dowolnym kawałku podłogi. 
Nie byli zadowoleni z takiego obrotu spraw, ale nie ośmielili się protestować. Co prawda Neal złorzeczył pod nosem jeszcze dobre pół godziny, ale włączyłyśmy telewizor, który go zagłuszył, więc chłopak się poddał.  Do dwudziestej trzeciej oglądaliśmy wszystkie filmy akcji, na jakie tylko udało się nam trafić i wyśmiewaliśmy się z bohaterów. Później H zarządziła ciszę nocną, ale panował absolutny zakaz spania. Musieliśmy być gotowi na nadejście kosmitki. Około północy wyszłam do łazienki, ale zbłądziłam i myszkując po domu trafiłam na piwniczkę z winami. Wybrałam sobie takie, które nie było zbyt drogie, aby właściciel okazałej kolekcji nie miał do mnie   żalu.  Otworzyłam butelkę i z powodu braku kieliszków pociągnęłam łyka ot tak.
- Alkoholiczka? – zapytał mrukliwie Neal, opierający się o framugę drzwi.
- Nie, raczej...
- Dobra, nie tłumacz się tylko się podziel. – Wyciągnął rękę.
Niechętnie oddałam znalezisko i wróciłam do salonu. Heilari zmierzyła mnie podejrzliwym spojrzeniem, a potem poszła w kierunku piwniczki, by sprawdzić, co jest grane.
- Ty durny imbecylu! – warknęła cicho, ale nie na tyle, bym nie słyszała jej z kanapy kilka pomieszczeń dalej.
Dalsze słowa wypowiedziała już szeptem, więc zbliżyłam się do drzwi by móc je dosłyszeć. W tym czasie Aiden także postanowił dowiedzieć się o co tyle szumu i podszedł do mnie z pytającym spojrzeniem.
- Znalazłam wino. Dużo wina  - wyjaśniłam.
- A propos alkoholu…
- Tia, chyba wiem  do  czego zmierzasz…
Uśmiechnął się.
- Pamiętasz coś z tamtego wieczoru w ogóle? – zapytał.
- Trochę tak, ale wiesz, ja nie chciałam robi ć nic głupiego No dobra, może trochę chciałam… Chodzi mi o to, że jestem w takim nastroju, że chciałabym robić same głupie rzeczy. Ale o tamtym… Może uznajmy, że to się nigdy nie wydarzyło, co? No bo w sumie to było takie… nic…?
Skinął głową z przyjacielskim uśmiechem i wrócił pod śpiwór.
- Ona nie jest dla ciebie. – Usłyszałam zirytowałam H. – Jest nieodpowiedzialna, lekkomyślna i szalona.

Skrzywiłam się, słysząc to, ale musiałam się powstrzymać przez zastosowaniem jakichkolwiek przedsięwzięć. Nie jestem aż tak lekkomyślna…
- I co z tego? Ja też.
- Nie, ty jesteś dupkiem i dzieciakiem, który podpala wszystko, co stanie mu na drodze. Ruska na pewno nie pomoże ci się ogarnąć, a wręcz przeciwnie. 
- Razem zawładniemy  światem – powiedział ze śmiechem, a Heilari głośno westchnęła, walcząc z chęcią ukatrupienia go gołymi rękami.
- Zawładniecie psychiatrykiem, jeśli nie skończysz mnie wkurzać.
- Tak, zapomniałem, masz znajomości w takich miejscach, w końcu trzymali cię tam kilka lat – warknął, chcąc wyprowadzić ją z równowagi, co nie było najmądrzejszym posunięciem.
- Posłuchaj, gówniarzu… Wykonuj rozkazy i nawet niech nie przejdzie ci przez myśl, że wybijesz się ponad drobnego złodziejaszka. Gdyby nie ja, już dawno gniłbyś w kostarykańskim pierdlu.
- Dałbym sobie radę bez ciebie. Zostawiłaś mnie obcym ludziom, więc teraz też zostaw mnie w spokoju i nie baw się  w mamusię, bo nie wychodzi ci to ani ze mną, ani z resztą.
Wyszedł z piwniczki, a słysząc kroki szybko wskoczyłam pod kołdrę. Neal zamiast zostać w salonie, wyszedł na zewnątrz, a Heilari została  w piwniczce. To nie było bezpieczne… Szybko rozważyłam wszystkie opcje i kopnęłam Aidena w nogę.
- Musisz sprawdzić  co z Heili… - powiedziałam cicho. – Jest sam na sam z setką butelek wina.
Bezzwłocznie podniósł się na równe nogi i poszedł w odpowiednim kierunku.
- Dałbym sobie radę bez ciebie. Zostawiłaś mnie obcym ludziom, więc teraz też zostaw mnie w spokoju i nie baw się  w mamusię, bo nie wychodzi ci to ani ze mną, ani z resztą.
Wyszedł z piwniczki, a słysząc kroki szybko wskoczyłam pod kołdrę. Neal zamiast zostać w salonie, wyszedł na zewnątrz, a Heilari została  w piwniczce. To nie było bezpieczne… Szybko rozważyłam wszystkie opcje i kopnęłam Aidena w nogę.
- Musisz sprawdzić  co z Heili… - powiedziałam cicho. – Jest sam na sam z setką butelek wina.
Bezzwłocznie podniósł się na równe nogi i poszedł w odpowiednim kierunku.
- Ej, ludzie…  - głos Neala dobiegł nas z holu.
Darkehunter spał w najlepsze, do tego strasznie chrapiąc, więc sama poszłam sprawdzić, co się dzieje. Drzwi były otwarte, wię ostrożnie wyjrzałam na zewnątrz i zatrzymałam się w kompletnym zaskoczeniu. Spodziewałam się jakiejś tam kosmitki, a na podjeździe stała straszliwie wysoka i smukła istota w dziwnym, brązowym kombinezonie, dzierżąca w  rękach długą włócznie z żółtym kryształem na końcu. Jej skóra była zupełnie niebieska. Głowa  przybyszki była okrągła, osadzona na żółwiej szyi Nie miała ani jednego włosa. Przez oczy, których źrenice stale skierowane były w górę przebiegały szramy. Po jednym czerwonym zadrapaniu na każde  ślepie.

Misja cz. VII

To było głupie i całkowicie irracjonalne, ale po długim spacerze po Rzymie włamaliśmy się do maleńkiej kawiarenki. Neal wiedział, że nie mają tam praktycznie żadnych zabezpieczeń, oprócz kamer, których pozbyliśmy się na tyle szybko, by nie zdążyły nas zarejestrować. Usiadłam przy barze w arystokratycznej pozie.
- Jaki smak sobie życzysz? - szarmancko zapytał mój wspólnik w zbrodni, stojąc za maszyną do robienia szejków.
- Czekoladowy – odparłam wyniośle.
Zaraz potem skończyłam pozować na damę, bo było to zbyt nudne. Usiadłam na blacie po turecku, a kiedy szejki były gotowe, Neal przysiadł się i przez chwilę opowiadał mi o swoich wyczynach w zakresie kradzieży drogich samochodów.
- Zarobiłem jak nigdy – dodał refleksyjnie po streszczeniu historii sprzed dwóch lat.
- No domyślam się. To było niezłe...
Zaczęłam mu zazdrościć. Gdyby moje życie potoczyło się trochę inaczej, nigdy nie założyłabym stajni i pewnie ciągle zarabiałabym na życie jako fałszerka, a okazjonalnie także paserka, gdzieś na zachodnim wybrzeżu Stanów. Przez chwilę zastanawiałam się czy by mi to odpowiadało.
- O czym myślisz? - zapytał, nieznacznie się przysuwając.
- O niczym... Jest już pierwsza, powinnam wracać. - Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Chłopak skinął głową i skierowaliśmy się do wyjścia. Zanim jednak opuściliśmy lokal, znaleźliśmy kartkę oraz długopis. Napisaliśmy krótki liścik do właściciela kawiarenki, w którym podziękowaliśmy za poczęstunek...
- Niech wiedzą, że nawet złodzieje mają serce – powiedział z dumą, zamykając za nami drzwi.
- Robisz to dla zabawy – stwierdziłam.
- Pewnie, lubię moje życie. - Wzruszył ramionami. - Z reguły jestem raczej optymistą i dobrze mi z tym. Jestem szczęśliwy i to się liczy. Nic więcej. A co z tobą? Nie wydajesz się tryskać radością, chociaż widzę w tobie potencjał.
- Potencjał? - zdziwiłam się.
- Tak, no wiesz, właśnie włamaliśmy się do kawiarni i wypiliśmy po szejku. Nie miałaś nic przeciwko. Ba! Wyglądasz jakbyś chciała okraść bank. Chodzi mi o to, że jesteś typ typem człowieka, który potrafi cieszyć się ze wszystkiego i nie bardzo zwraca uwagę na ograniczenia, mam rację? Ale...
- Możemy odłożyć moją psychoanalizę na później? - przerwałam mu trochę zbyt ostro.
- Okeeej... Spoko, po prostu staram się cię rozgryźć. - Wzruszył ramionami z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem.
- Muszę wracać. Jutro będę nieprzytomna... Lecimy na Ukrainę i...
- Wiem. - Tym razem to on przerwał mi. - Lecę z wami. - Poruszył brwią .
Nie bardzo wiedziałam co na to odpowiedzieć, więc po prostu uśmiechnęłam się, a pod hotel dotarliśmy już w prawie zupełnej ciszy.
- W takim razie do jutra – powiedziałam i ruszyłam w stronę drzwi.
- Hej, poczekaj...- Podbiegł do mnie i pocałował, zanim zdążyłam zaprotestować. Nie byłam pijana (co było pozytywną odmianą), ale po tym pocałunku poczułam się jak po kilku kieliszkach dobrego wina. Poczułam, że się uśmiecha i delikatnie odsuwa, jednocześnie zabierając swoją kurtkę, którą miałam na ramionach przez cały wieczór.
- Zapomniałbym – szepnął mi do ucha z nieukrywaną satysfakcją. Potem odszedł, zerkając jeszcze przez ramie.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Najpierw czułam się wspaniale i potrafiłam myśleć jedynie o nim. Później przybyły wyrzuty sumienia. Nad ranem skupiałam się wyłącznie na tym, że nikt nie może się dowiedzieć. Heilari zabiłaby mnie, a zaraz potem Neala. Albo w odwrotnej kolejności. Albo zrobiłaby to jednocześnie...
Grunt to nie dać po sobie poznać...
Wyszłam z pokoju o dziewiątej i ruszyłam w kierunku hotelowej restauracji. Zauważyłam Heili przy stoliku, więc przysiadłam się i zerknęłam na menu.
- Za dwadzieścia minut wyjeżdżamy – powiedziała beznamiętnie, upijając łyk czarnej kawy z prześlicznej filiżanki.
- Okej, będę gotowa. - Uśmiechnęłam się.
Kelner przyszedł odebrać zamówienie, a pięć minut później wcinałam już croissanta z czekoladą.
Zapakowałyśmy bagaże do samochodu, po czym wyruszyłyśmy na lotnisko. Neal się nie pojawiał i przyznam szczerze, że odczuwałam z tego powodu dziwną ulgę. To uczucie zniknęło, gdy zobaczyłam go na lotnisku. Kontrolnie zerknęłam na mutantkę, ale ona nie zamierzała zadawać sobie trudu, jakim jest obserwacja podopiecznych. Niech robią co chcą, a gdyby zrobili coś wybitnie nieodpowiedniego – trzasnąć przez łeb.
Nasz lot trochę się opóźnił, ale nie na tyle, by dostawać białej gorączki. W samolocie zajęliśmy swoje miejsca i praktycznie w zupełnej ciszy dolecieliśmy na Ukrainę, a konkretnie do Kijowa. Ulokowaliśmy się w hotelu, a godzinę później Heilari zwołała nas do siebie.
- Mamy na celowniku handlarza bronią – powiedziała, gdy tylko weszłam do pokoju. Neal już tam był i wylegiwał się na sofie, słuchając jednym uchem, a drugim pewnie wypuszczając.
- No dobra... Co z nim?
- CIA próbowała znaleźć na niego haka, jakieś dowody, cokolwiek. Facet nazywa się Andrij Korotczenko. Jego biznes ma swoje źródłu tutaj, w Kijowie, ale Korotczenko zawiera także transakcje zagraniczne. Między innymi spora część jego klientów to Amerykanie i to nie podoba się naszym władzom. Kiedy zawiodły legalne i w miarę legalne metody, przyszedł czas na te bardziej radykalne...
- Co trzeba z nim zrobić?
- Oczywiście pojawił się pomysł wyeliminowania go. Ale wiadomo, taki biznes nie upadnie tylko dlatego, że zginie właściciel. Ktoś przejmie firmę i interes będzie kręcił się dalej.
- Więc...?
- Więc... pomyślałam o udanym szantażu. Korotczenko ma dużo stracenia, nie będzie trudno wybrać coś, o co bardzo się martwi.
- Ale to może go tylko sprowokować, wiesz?
Cicho prychnęła.
- Oczywiście, że wiem...
- Ale bez ryzyka nie ma zabawy – dokończył za nią Neal, chociaż nie byłam pewna, czy ma na myśli właśnie te słowa.
- Wpłyniesz na niego dzięki telepatii. Zabronisz mu tego, czego nie chcemy żeby robił, a szantaż będzie jego wymówką. Na pewno straci kupę forsy, gdy znacznie się ograniczy, ludzie zaczną pytać, dociekać. Wtedy Korotczenko ładnie wyjaśni im, że na szali leży życie jego rodziny i zrobi wszystko żeby zapewnić im bezpieczeństwo.
Zgodziliśmy się by akcję przeprowadzić następnego dnia. Od kilku tygodni zespół SO śledził poczynania Andirja, więc znaliśmy jego dokładny plan dnia. Rzadko wychodził z domu, ale trzy razy w tygodniu wędrował do oddalonego o pół kilometra budynku, gdzie osobiście sprawdzał jakoś produkowanej broni. Miejscowa policja nie robiła nic, bo zwyczajnie się to nie opłacało. Korotczenko dbał, by nie wtykali nosa w jego sprawy i nie szczędził funduszy na nowe radiowozy czy ekspresy do kawy jako prezent dla komendy.
Zaczailiśmy się niedaleko jego miejsca zamieszkania w białej furgonetce z doczepioną na szybko naklejką z logiem firmy montującej anteny satelitarne.
- Ma obstawę – szepnęła Heilari, widząc w lusterku jak starszawy mężczyzna idzie spacerkiem w towarzystwie dwóch rosłych zbirów. - Kiedy padną, ładujcie go do auta i zawieźcie go tam, gdzie się umawialiśmy. Ja porozmawiam sobie z jego żoną.
Przesiadłam się na miejsce kierowcy, a Neal zaczaił się przy drzwiach. Heilari siedziała obok mnie i zerkając na boczne lusterko, czekała aż trójca zbliży się na wystarczającą odległość. Jeden gest ręką wystarczył, by strażnicy padli na ziemie. Zaskoczony Korotczenko zawahał się, a potem porwał się do biegu. Za daleko jednak nie uciekł, bo Neal rozsunął drzwi i jednym, silnym ciosem pozbawił faceta przytomności. Wciągnęliśmy go na tył.
- Dobra, dzieciaki. - Heilari wyszła z pojazdu i popatrzyła na nas z powagą. - Jeźdźcie do lasu, nastraszcie go i namieszajcie w głowie. Za pół godziny prześlę wam nagranie.
Skinęłam głową i kiedy tylko drzwi się zasunęły – ruszyliśmy. Skręciłam w najbliższą drogę prowadzącą na zalesione tereny. Nie mogliśmy zatrzymać się zbyt blisko miasta, wywieźliśmy go kilkanaście kilometrów od miejsca zatrzymania. Zaczął się wybudzać w momencie, gdy zgasiłam silnik. Chłopak rzucił mi kominiarkę i sam włożył identyczną.
Uderzył Andrija w policzek, po uprzednim związaniu mężczyzny przygotowanymi wcześniej sznurami.
- Obudź się! - warknął po rosyjsku. Niewiele rozumiałam.
Handlarz przez chwilę szarpał się jak dzikie zwierzę, powarkiwał, pieklił się i jak się domyśliłam, używał całej masy niecenzuralnych słów. Neal ponownie zdzielił go po twarzy i zaczął coś tłumaczyć. Wkrótce zadzwoniła do mnie H.
- Wszystko gra? - zapytałam.
- Chyba tak... Co z nagraniem?
- Przesyła się. Kiedy skończycie, puśćcie go wolno i wróćcie do hotelu. Pewnie mnie jeszcze nie będzie, bo postanowiłam się trochę rozejrzeć.
Zakończyła połączenie.
- I co? - zapytałam Neala, a on na chwilę zwrócił się do mnie.
- Jestem na dobrej drodze, daj mi nagranie, a potem możesz działać.
Podałam mu komórkę, którą podsunął pod nosem Korotczenki. Heilari upozorowała porwanie jego żony, nie wiem do jakiego stopnia się posunęła, ale kobieta była przerażona. Nie bała się jednak strzelać i pomagać swojemu mężowi w transportach.
Po kilku minutach miałam zacząć działać. Mózgi ludzi, którzy nigdy nie mieli do czynienia z telepatami są bardzo podatne na manipulację i bardzo łatwo jest się do nich „włamać”.
Pomału „przeglądałam” informacje w jego głowie, by upewnić się na czym stoimy, a potem wczepić w niego strach przez jakimikolwiek nielegalnymi działaniami.
- O cholera... - syknęłam po chwili. - Ma nadajnik! Jego ludzie już tu jadą!
Nie było ani sekundy do stracenia, Korotczenko już od dwudziestu minut powinien dotrzeć do jednej ze swoich fabryk, więc jego ochroniarze na pewno są już blisko.

Jeszcze zanim odpaliłam silnik rozległo się kilka wystrzałów. Przednia szyba rozbiła się w drobny mak. Zakryłam się rękami, ale kilka drobin zdążyło pociachać mi twarz. W tym samym czasie przebito opony, samochód jakby opadł kilka centymetrów. Odważyłam się lekko podnieść i zerknąć na Neala, ale zanim upewniłam się, że nic mu nie jest wybito obydwie szyby w naszych drzwiach kolbami karabinów. 

Misja cz. IX

Heilari oddaliła się z zaskakującą szybkością. Musiałam posiedzieć na ławce i przemyśleć to sobie, zanim w końcu zdołałam zebrać się w sobie i podejść do recepcji. H miała rację – musiałam wyjechać. Zmieniłam jedynie cel podróży, bo w tamtym momencie wizja sączenia kolorowych drinków z palemkami na hawajskiej plaży nagle straciła cały swój urok. Wykupiłam lot do Nowego Jorku.
W samolocie długo zastanawiałam się czy powiedzieć tacie o całej tej sprawie. Ostatecznie stwierdziłam, że narobiłoby to zbyt wiele szkód.
Może go odwiedzę, ale nic nie powiem. 
Wielogodzinny lot robi swoje i pierwszym miejscem, w jakie się udałam był hotel, gdzie przespałam ponad pół doby. Mój nowy styl życia zaczynał negatywnie wpływać na organizm, ale ignorowałam to, bo podobało mi się moje życie przez ostatnie kilka dni. To było coś, czego bardzo potrzebowałam.
Wyjechałam z NYC około dziesiątej rano. Wypożyczony nissan note sunął po ulicy z miękkością. Włączyłam radio, a przy niektórych piosenkach przyłączałam się do wokalistów i w duchu modliłam się, żeby okna były dość szczelne, by nikt z zewnątrz mnie nie usłyszał.
Na drodze nie było korków ani wypadków, więc do Bayville dotarłam po około pięćdziesięciu pięciu minutach. Okazała brama Instytutu Charlesa Xaviera powiedziała, żebym podjechała bliżej i pokazała się kamerze. Wykonałam jej prośbę, a po chwili usłyszałam ten sam komputerowy głos mówiący: „otrzymano pozwolenie na wjazd, zapraszam”.
Zaparkowałam koło fontanny, tuż obok schodów. Ledwo wysiadłam z samochodu i skierowałam się do drzwi, a z budynku wyskoczył tatuś z wysuniętymi pazurami i zdenerwowaniem na twarzy.
- Co się stało!? Co ci zrobili?! Gdzie oni są?!
Uśmiechnęłam się promiennie i podbiegłam by go uściskać.
- To już nie mogę wpaść w odwiedziny?
- Dzieciaku, ty nigdy tego nie robisz.
- Czas się zmienić! - zawołałam entuzjastycznie i wślizgnęłam się do środka.
Tatuś mruknął coś pod nosem, schował pazury i dołączył do mnie, krzyżując ręce.
Oglądałam ogromny hol Instytutu z nutką wzruszenia. Jako mała dziewczynka jeździłam tu na rolkach i niszczyłam drogie wazy profesora.
- Nic się nie zmieniło... - powiedziałam cicho.
- Co za niespodzianka! Witaj, Livio. - Do pomieszczenia wjechał uśmiechnięty Xavier.
- Dzień dobry, dzień dobry. Byłam niedaleko i postanowiłam na chwilkę przyjechać.
- Na chwilkę? - zainteresował się ojciec. - Od ośmiu lat tu nie zaglądałaś i nagle „na chwilkę” - parsknął niezadowolony i poszedł do auta bo spodziewał się, że mam bagaże. No i miałam tam jakąś torbę z ciuchami i pamiątkami z Włoch.
- Jesteś tu zawsze mile widziana – mówił profesor – mamy kilka wolnych pokoi, zaraz coś dla ciebie znajdziemy. - Uśmiechnął się przyjaźnie, a tatuś zjawił się z moimi manatkami.
- Z drugiego piętra wczoraj wyniosła się Georgina.
Xavier skinął głową na znak, że to dobry pomysł i powinnam tam zamieszkać.
- Miłego pobytu – dodał tylko i odjechał, by zająć się swoimi sprawami.
Tata zaprowadził mnie do jednoosobowego pokoju z łazienką. Pomieszczenie było pomalowane na ładny beżowy odcień, na na jedną ścianę naklejono czarno-białą fototapetę przedstawiającą widok na Wieżę Eiffla. Miałam nawet swój balkon!
W pokoju znajdowały się podstawowe meble, takie jak łóżko, szafa, biurko, jakaś komoda...
- To ja się rozpakuję.
- No, dziecinko, dobrze, że w końcu się zjawiłaś – powiedział tata, czochrając mi włosy, jak to robił gdy miałam siedem lat.
W spokoju ulokowałam cały mój dobytek i otworzyłam balkonowe drzwi. Było chłodnawo, nadciągała zima i dało się to odczuć stojąc na świeżym powietrzu w jeansach i lekkiej bluzce.
Szybko zamknęłam drzwi i stanęłam na środku pokoju z nieco bezradną miną. Nie miałam pojęcia, co robić. W końcu zniecierpliwiony żołądek, zdecydował się dać mi wskazówkę i burczenie zobowiązało mnie do udania się do kuchni.
Instytut był właściwie jednym wielkim labiryntem, ale dla kogoś kto się tu wychował, przejście z punktu A do dowolnego punku B nie było żadnym problemem.
Kuchnia była taka, jaką ją zapamiętałam. Wieeeelka i tłoczna. Ogromna lodówka była najczęściej używaną maszyną w całym domu. Otwierano ją z częstotliwością dziesięciu sekund, ale dzielnie to znosiła. Oprócz niej znajdowały się tam jeszcze dwie kuchenki, dwie zmywarki, piecyk, mnóstwo blatów oraz drewniany, kwadratowy stół, przy których stało łącznie dwanaście krzeseł. Pięć z nich zajmowali uczniowie.
- Kurt! - pisnęłam, gdy tylko weszłam, wiedząc wśród nich Nightcrawlera. Niebieski elf natychmiast teleportował się i mnie uściskał.
- Co tu robisz, mein freundin? - zapytał wesoło.
- Przyjechałam na kilka dni. Co tam słychać? Parę lat się nie widzieliśmy.
- Nic nowego. Teraz uczę rekrutów – westchnął tak, jakby nauczanie było porównywalne ciężkim zadaniem do pracy żołnierza na froncie.
- Mogę ci pomóc, póki tu jestem – zaproponowałam.
- Serio? Byłoby super! Tylko wiesz... mogłabyś grac złego glinę?
- Jeszcze lepiej – powiedziałam ze złowieszczym uśmieszkiem, po czym wysunęłam jeden z pazurów w prawej ręce i nadziałam na niego jabłko.
W lodówce nie było praktycznie nic, jeśli nie liczyć podpisanych jogurtów, sałaty i butelki wody mineralnej.
- Powinniśmy pojechać na zakupy – stwierdził mój kumpel, a ja się zgodziłam.
Pięć minut później byliśmy już w drodze. Kurt prowadził x-vana, ja jadłam swoje jabłko na siedzeniu obok, a z tyłu gawędziły jakieś dwie rekrutki, które prosiły byśmy podwieźli je do centrum. Niebieski, jako miłosierny nauczyciel i opiekun, naturalnie od razu się zgodził.
Zaparkowaliśmy kilkaset metrów od galerii, ale mimo że temperatura była niska, nie wiało i świeciło słonce. Rozdzieliliśmy cię zaraz przy wejściu.
Kurt jeszcze przed wyjazdem zmienił wygląd na „normalny” dzięki holozegarkowi. Nikt nie zwracał na nas uwagi, gdy spokojnym krokiem sunęliśmy po uliczkach.
- Może zanim pójdziemy do marketu, to rozejrzymy się po innych sklepach? - Uśmiechnęłam się słodko.
- A czego ci brakuje, butów czy ubrań? - parsknął cicho. - Już ja was znam. „Rozejrzymy się” przerodzi się w „dokładnie zbadamy każdy ciuch w absolutnie każdym sklepie w promieniu kilometra”.
- Ej, Elfie... Ja mam tylko małą torbę ze sobą... Nie mam nawet porządnej kurtki. No i ciepłych butów. No i jakiegoś swetra. No i jeszcze...
- Wystarczy! - przerwał moje wyliczanki. - To ja pójdę do McDonalda, ty szukaj sobie swetrów i spotkamy się za godzinę przy markecie, stoi?
- Stoi.
Także po sklepach buszowałam sama. Naturalnie kupiłam więcej rzeczy, niż zakładałam i z przedostatniego butiku wyszłam wyładowana jak wielbłąd. Gdzieś mignęły mi znajome twarzy chłopaków z „Bractwa”.
Przed wejściem do supermarketu stanęłam jakieś dziesięć do pięćdziesięciu minut po ustalonej godzinie. Kurt chyba był już w środku... Postanowiłam, że z tymi wszystkimi torbami lepiej zostanę, gdzie byłam i usiadłam na ławce, wyjmując z kieszeni komórkę. Miałam kilka nieodebranych połączeń od taty, więc z nudów zdecydowałam się oddzwonić.
- Gdzie jesteś? - warknął.
- Spokojnie... W centrum z Kurtem. Lodówka była praktycznie pusta...
- Dzieciaku, mów kiedy wychodzisz.
- Nie mam już piętnastu lat, okej? Nie musisz czasem torturować rekrutów?
- Eh... Pokaż się jak wrócisz, profesor chce z tobą pogadać.
- Jasne...
 -Wszystko gra?
„Nie. Mam potworne wyrzuty sumienia, bo nie mogę ci powiedzieć, że masz syna z Heilari.”
- Tak, pogadamy później.
Rozłączyłam się i zauważyłam Nightcrawlera z dwiema olbrzymimi reklamówkami. Zabrałam swoje pakunki i zgodnie ruszyliśmy w kierunku wyjścia.
Z trudem zapakowaliśmy wszystko do samochodu, ale w końcu jakoś się udało i mogliśmy ruszać do domu.
- Kurt?
- Hm..?
- Czy Quicksilver jest w mieście? Widziałam Lance'a i Toada i...
- Czemu pytasz? - zdziwił się i rzucił mi dziwne spojrzenie.
- Tak jakoś... Z ciekawości. - Wzruszyłam ramionami.
Kiedy tylko zaparkowaliśmy pod Instytutem, otoczyła nas zgraja wygłodzonych x-menów. Złapali za reklamówki, niemal wyrywając je sobie z rąk i odprowadzili pożywienie do lodówki. Niebieski pomógł mi z moimi pakunkami, a potem poszedł do siebie.

Misja cz. II

Kolejna część mini opowiadania, którego nie powinniście czytać. Idźcie dalej. :)
 
 
W samolocie włączono tryb maskujący, dzięki czemu maszyna była niewidoczna. Wysiedliśmy zaopatrzeni w broń i amunicję, po czym powoli skierowaliśmy się w stronę okazałego domu, dla którego odpowiedniejszą nazwą był chyba jednak pałac.
- Miej na nich oko. Na pewno spróbują sztuczek – szepnęła do mnie Heilari, gdy skradaliśmy się przy ścianie.   
Ray ostrożnie zajrzał do wnętrza przez okno.
- Pusto. Pali się światło, ale nikogo nie ma.
- Ruska, skontaktuj się z Quicksilverem. Niech poda położenie – powiedziała jedna z agentem podając mi komunikator. Jednak Rayan zabrał go jej i znacząco na mnie zerknął.
W tym czasie powoli szliśmy na przód. Coulson zauważył wejście, a przy nim dwóch uzbrojonych strażników Hydry. Inaya niewiele myśląc odbezpieczyła pistolet z przymocowanym tłumikiem i niemal bezgłośnie ich zastrzeliła. Nie tracąc czasu podbiegliśmy w stronę ciał.
- Zabrali Leightona do piwnicy. Prowadzi tam tylko jedna droga...
- Dobra, wszyscy gotowi? Wchodzimy na trzy... - Coulson powiódł po nas spojrzeniem, gdy czailiśmy się przy ciężkich, drewnianych drzwiach.
Zanim doliczył do dwóch Heilari pchnęła obydwa skrzydła i wparowała do środka unosząc ręce. Dwudziestu obecnych tam strażników padło bez życia na zadbany parkiet, a alarm zawył, ogłuszając na chwilę wszystkie istoty w promieniu kilometra. Z głośników dobiegł nas komputerowy głos, informujący wszystkich o naruszeniu.
- Jasna cholera... - mruknęła Inaya i zerwała się do biegu.
Widząc, że kieruje się do drzwi, które najpewniej prowadzą do pomieszczenia, którego szukaliśmy – podążyliśmy za nią.
- Heilari zostań tu i napraw to, co schrzaniłaś – szef Tarczy wydał rozkaz, a chociaż mutantka zwykle nie zgadzała się z nim dla zasady, tym razem posłuchała, bo uznała jego tok rozumowania za słuszny.
Skinęła na mnie głową i rozdzieliliśmy się.
Schody w dół były nieskończenie długie i słabo oświetlone. Nie mieliśmy czasu by przyjrzeć się wystrojowi korytarza. Liczyła się każda milisekunda. Cała horda żądnych krwi pomagierów Hydry była gotowa by wbić w nas kilkadziesiąt magazynków kul.
- Szybciej! - warknął ktoś z przodu.
Robiło się coraz ciemniej. Nie mogliśmy zauważyć, że korytarz się skończył, a przed nami znajdują się pancerne wrota.
- Szlag by to... Skaner siatkówki. - Agentka Tarczy kopnęła w ścianę.
-  Przesuń się – twardo odparła Elizabeth West i położyła dłonie na chłodnej stali.
Metal szybko się rozgrzewał, a już po kilku sekundach zaczął topnieć, udostępniając nam dostęp do wielkiej sali, której wygląd zbliżony był do staromodnego laboratorium. Czekali na nas.
- Masz kamizelkę? - nerwowo zapytał Ray, mierząc mnie wzrokiem i odpinając swoją.
- Potrafię się regenerować, nic mi nie będzie.
Zawahał się, ale kopnęłam go w tyłek i wszyscy wbiegliśmy do środka. Tamci otworzyli już ogień, kryjąc się za białymi blatami. Było ich więcej, ale w tym przypadku nie liczyła się ilość, a jakość. Nie byłam najlepszym strzelcem, ale moi kumple to już zupełnie inna liga. Po dwuminutowej strzelaninie zaczęliśmy pobieżnie przeszukiwać pomieszczenie. Nie było żadnych przejść, ukrytych pokoi... Nic, gdzie mogliby ukryć Leightona.
- Gdzie on jest? - Coulson odwrócił się do nas. - Gdzie on jest?! - powtórzył znacznie głośniej, wymierzając kopniaka jakiemuś biednemu śmietnikowi.
Miałam pewne przypuszczenia i kiedy skrzyżowałam spojrzenia z Elizabeth domyśliłam się, że mam rację i zarówno ona, jak i Inaya myślą o tym samym.
- Weszliśmy kilka minut temu, na pewno zdążyli się już ewakuować – skłamała Ina i wetknęła pistolet do kabury przy pasku.
Szef Tarczy pokręcił głową, biorąc głęboki oddech. Był wyraźnie wściekły, a w takim stanie nie widziałam go jeszcze nigdy.
- Powinniśmy wracać, zanim sprowadzą więcej ludzi – powiedziałam niepewnie.
Coulson zdawał się nie słyszeć, ale reszta zabezpieczyła broń i powoli udaliśmy się w stronę drzwi w wytopioną przez mutantkę dziurą.
- Zaraz... - cicho powiedział dowódca, ale z powodu ciszy panującej w laboratorium, doskonale go usłyszeliśmy. - Zaraz! - powtórzył i wbił we mnie mordercze spojrzenie, które stopniowo przenosił na dwie agentki SO.
Wybiegł przez dziurę i śmignął po schodach tak szybko, że ciężko było nam za nim nadążyć. Kiedy dostaliśmy się do holu, puścił się korytarzem zasłanym trupami.
Inaya i Elizabeth zatrzymały się w miejscu, obejrzałam się, nie wiedząc co także powinnam wycofać się z pościgu. Uznałam jednak, że lepiej będzie być na bieżąco i w razie czego interweniować.
Wbiegliśmy po schodach na pierwsze piętro, a potem wpadliśmy do sporej komnaty. Wszystko wirowało przez wiatr, który z wielką siłą wdzierał się do pomieszczenia przez otwarte okno.
Podbiegliśmy tam, by zobaczyć co dzieje się na zewnątrz. Inaya i Liz biegły w stronę samolotu, który z tego co dało się usłyszeć, właśnie uruchamiał silniki.
- O nie, nie dam im uciec! - postanowił sobie Coulson.
Spojrzałam w dół. „Jeśli skoczę, wpadnę do basenu. Ale jest zimno...” -myślałam gorączkowo. Wskoczyłam na parapet i przymierzyłam się do skoku, ale Ray złapał mnie za rękę.
- Jeśli pomożesz im uciec, możesz nie wracać – powiedział twardo.
- J-ja...
Byłam zaskoczona tonem jakim to powiedział... Czułam, że oczy zachodzą mi już łzami, więc natychmiast wyrwałam dłoń z uścisku i wyskoczyłam w okna, wpadając prosto do lodowatej wody.
Podpłynęłam do schodków i wydostałam się na brzeg, w momencie, gdy dwaj agenci Tarczy poczynili próbę wydostania się z budynku w ten sam sposób.
Rzuciłam się do ucieczki w stronę samolotu. Inaya mnie zauważyła i machnęła ręką na znak, żebym się pospieszyła. Myślałam, że wypluje sobie płuca w szaleńczym biegu, a kiedy wskoczyłam na pokład i zamknęły się za mną drzwi nie miałam już siły nawet na mrugnięcie.
- Dobra robota – powiedziała Heilari, podchodząc i pomagając mi wstać.
-  Powiedział, że mogę już nie wracać... - Rozpłakałam się, choć bardzo chciałam zachować powagę.
To było żałosne, ale mutantka przytuliła mnie i kazała komuś przynieść koc. Byłam cała mokra i trzęsłam się z zimna.
- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Odstawię Leightona do Los Angeles, a potem lecę do Nowego Yorku i zabiorę cię ze sobą. Odpoczniesz, przemyślisz sobie parę spraw, a potem wrócisz do domu i na spokojnie pogadacie.

Misja cz. IV

Heilari obudziła mnie o siódmej rano i dała jakieś leki, które i tak nie pomogły na potworny ból głowy. Po godzinie byliśmy już na lotnisku. Aiden poszedł załatwić formalności, podczas gdy my kupiłyśmy sobie słodycze i usadowiłyśmy się w całkiem wygodnych fotelach z widokiem na pas startowy.
- Gdzie konkretnie lecimy? - zapytałam.
- Do Rzymu. Jakiś mutant śmiało sobie poczyna, trzeba go złapać i sprawdzić co ma nie tak pod kopułą, a w najgorszym wypadku wyeliminować...
Nasz samolot nie miał żadnych opóźnień. Wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu, gdy maszyna ruszyła, a Heili zauważyła, że kilkanaście siedzeń przed nami czai się jej wróg. Facet miał na sobie kolorową koszulę, ze wstępnej obserwacji wynikało także, że jest otyły i boryka się z poważnym problemem wypadania włosów.
- To Tom Queen – poinformowała mnie. - Kiedyś trzymaliśmy się razem i chcieliśmy przejąć władzę nad światem.
- Nie wyszło.
- On nie zrezygnował, wszystko przed nim.
- To mutant?
Skinęła głową i wymieniła spojrzenia z Aidenem.
Tom Queen najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z naszej obecności, bo na lotnisku omal nie zszedł na zawał gdy zobaczył dawną przyjaciółkę. Heilari nie okazywała żadnych emocji, a gdy zaczął uciekać – nie goniła go.
- Poinformuj dodatkowy zespół. Nie sądzę, że przyjechał tu na wakacje.
- Sama to zrób, mam robotę – mruknął Hades i skierował się w sobie tylko znanym kierunku.
- Gówniarz myśli, że może robić co mu się żywnie podoba. Gdybym to ja go szkoliła chodziłby jak w zegareczku.
Wywróciłam oczami i zajęłam się czytaniem ulotki o zabytkach, podczas gdy mutantka kontaktowała się z szefostwem SO.
Później udaliśmy się do hotelu, gdzie zostawiliśmy nasze raczej ubogie bagaże.
- Idziemy do kostnicy – oświadczyła Heilari, a ja popatrzyłam na nią z grymasem.
- Dobrej zabawy, ja chyba sobie odpuszczę.
- Jak chcesz. Masz telefon, ale nie dzwoń i nie odbieraj, chyba, że będę to ja.
Wręczyła mi moją komórkę.
- Tak jest.
Pewnie domyślała się, że zrobię coś zupełnie innego, ale nie bardzo miała wyjście. Wyszli pozostawiając mnie samą w apartamencie. Wyszłam na taras i uśmiechnęłam się na widok miasta. Nigdy nie byłam w Rzymie, a szkoda. Słońce świeciło, temperatura wahała się w okolicach dwudziestu stopni, a gdzieś nie daleko swój koncert dawał uliczny grajek. Oparłam się o balustradę balkonu i nawiązałam połączenie.
Ray odebrał, ale nie odezwał się nawet słowem. Nie odzywaliśmy się do siebie przez kilka długich sekund.
- Proszę, musimy pogadać... - wydusiłam w końcu.
- Tak, racja.. Gdzie jesteś? Przez telefon to się nie uda.
Cicho cmoknęłam z niezadowoleniem. Byłam setki kilometrów od domu. Albo i więcej.
- W Rzymie... - szepnęłam smutno.
- Mogę tam być za dwie godziny, jestem w Mediolanie.
- Oo... No dobra.
- Trafisz na Wzgórze Kapitolińskie?
Szybko wróciłam do pokoju i wyciągnęłam z plecaka mapę, którą kupiłam na lotnisku. Zaznaczono na niej miejsca, które warto odwiedzić.
- Tak! - ucieszyłam się. - To niedaleko hotelu, dotrę tam w kwadrans.
- Okej...
- Okej.
- To na razie. - Rozłączył się, a ja głośno odetchnęłam.
Ogarnęłam się, a chwilę mi to zajęło, bo łazienka była obłędna i wyszłam z budynku, kierując się w stronę Kapitolu. Miałam jeszcze ponad godzinę, więc nakupowałam sobie pamiątek. Po misji koniecznie muszę tu wrócić. „Założę tu stajnię” - zażartowałam w myślach, błądząc po pełnych uroku uliczkach.
Dziesięć minut przed wyznaczonym czasem zjawiłam się pod posągiem Marka Aureliusza. Bodajże słyszałam legendę o tym, że gdy posąg pokryje się rdzą – nastąpi koniec świata. Na razie jednak się na to nie zapowiadało, więc usiadłam na najbliższej pustej ławce i wyciągnęłam z plecaka nowe gadżety.
Po chwili ktoś się do mnie dosiadł, więc podniosłam wzrok i ujrzałam Ray'a, który jednak parzył gdzieś w dal i wyciągnął z kieszeni telefon.
- Cześć...? - powiedziałam trochę zbita z tropu. Widział mnie w ogóle?
- Poczekaj minutę, muszę się upewnić, że nikt mnie nie śledzi – odparł cierpliwie i przez jakiś czas manewrował komórką. - Jest dobrze, idziemy?
- Gdzie?
- Umieram z głodu.
Udaliśmy się do pierwszej lepszej restauracyjki i usiedliśmy na tarasie. Menu było po włosku, ale kilka nazw znałam z programów kulinarnych i gdy zamówienie do mnie przyszło – zgadzało się z moimi początkowymi wyobrażeniami o nim. Siedzieliśmy w ciszy i wcinaliśmy obiad, spokojnie obserwując otoczenie.
- Więc... - zaczęłam.
- Przepraszam – powiedział, a widząc jego minę byłam pewna, że mówi szczerze. - Nie powinienem mówić tego w takiej chwili, bo to była praca i wykonywałaś rozkazy...
Nie wiedziałam co powiedzieć, ale musiałam to wymyślić szybko.
- Ja też przepraszam... Pewnie w ogóle nie powinnam zgadzać się na propozycję Heilari.
- Nie, nie... właśnie do tego zmierzałem.
Uniosłam brew, zwykle był przeciwko.
- Kocham cię – powiedział pewnie, po dłużej chwili ciszy i zastanawiania się. - I znam cię. Wiem – tak mi się zdaje – kim jesteś i czego potrzebujesz, by jakoś funkcjonować. Potrzebujesz takich akcji. - Uśmiechnął się słabo. - Myślałem, że może jednak nie, bo stajnia, bo konie, bo treningi, ale się przeliczyłem. Potrzebujesz zmian, bo inaczej szybko się nudzisz i po prostu uciekasz w inne miejsce. Zaczęłaś się nudzić ze mną no i proszę: mamy Quicksilvera i wymianę ognia z Hydrą.
Słuchałam bo, starając się nie uciekać wzrokiem zbyt często.
- Jesteś trudną i dziwaczną osobą – kontynuował z wesołym uśmiechem, przez co sama mimowolnie się uśmiechnęłam. - Trzeba uważać na każdy swój ruch.
Znowu do czegoś zmierzał, a ja zaczęłam się zastanawiać co takiego ma w planach.
- Chyba wiem, co powinienem teraz zrobić. Co będzie najlepsze dla nas dwojga. Powinienem zwyczajnie odejść.
- Nie, Ray, nie, ja będę... - uniosłam się, ale pokręciła głową.
- Rus, widzę co się dzieje, dobra? Chcesz uciec. I staram się to zrozumieć. Jeśli odejdę będziesz mogła na spokojnie wrócić do stajni i co tydzień jeździć na misje. Nie będziesz się mną przejmować.
- Ale ja...
- Rusi- przerwał mi łagodnie. - Musisz się wyszaleć. - Wysilił się na uśmiech.
Zrobiło mi się tak strasznie źle. Myślałam, że zaraz obiad wydostanie się z powrotem na światło dzienne, ale powstrzymałam się w miarę łatwo. Łzy tym razem także dały nad sobą zapanować.
- Już nie chcę, nie muszę, proszę.
- Myślisz, że chcę się wynieść? - zapytał. - Nie byłoby dobrze gdybym został.
- Więc teraz ty uciekasz – powiedziałam trochę ostrzejszym tonem.
- Nie wiem, może. To nie ma znaczenia, hm?
- I co teraz? Każdy pójdzie w swoją stronę i już? Koniec? Co ze Sky? Ce wszystkimi?
Rzucił na stół kilka banknotów i wstał. Popatrzyłam na niego pytająco, ale spokojnie założył kurtkę i wyszedł za barierkę tarasu, po czym zatrzymał się tuż obok naszego stolika i uśmiechnął się.
- Rób co chcesz, masz wolną rękę i po prostu bądź szczęśliwa. - Delikatnie wzruszył ramionami i odszedł.
Ciężko opadłam na krzesło. Gapiłam się na ulicę, na ludzi, na budynki... Kelner zabrał naczynia, a potem przyniósł mi wielki pucharek lodów z posypką. Minęły dwie godziny, które poświęciłam na przemyślenia o życiu i lodach czekoladowych. Nagle jak z podziemi wyrosła Heilari z bardzo rozzłoszczoną miną i Aiden z raczej obojętną.
- Dlaczego nie odbierasz? - powiedziała jadowicie, a ja jedynie popatrzyłam na nią smutnymi oczami.
- Rozmawiałaś z nim?
Pokiwałam głową.
- I co?
- Nic. Już nic.
Cmoknęła z dezaprobatą i poklepała mnie po ramieniu.
- Będziesz się mogła wygadać siostrzyczce.
- Jak to? - zapytałam z zaskoczeniem.
- Ten mutant, po którego tu przyjechaliśmy... To nie był mutant.
- To Kalijo.
- Kto?
- Kosmitka. Musimy ściągnąć innego kosmitę, a pomóc nam może w tym jedynie Heimdall. Nie lubi mnie, a Aidena nie zna.
- Mnie też nie lubi – powiedziałam, kiedy już otrząsnęłam się po usłyszeniu informacji.
- Twojej siostry posłucha. Lecimy na Krym – zarządziła.
Trzy godziny później byliśmy już w samolocie. Zadzwoniłam do Det i chwilę pogadałyśmy. Na szczęście była w domu i miała chwilę by mi pomóc.
- Loki jest tutaj? - zapytała siedząca obok mnie mutantka.
- Tak, jest. To co? Nie pojawisz się w stajni?

- Nie ma takiej opcji.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
Dość szybko dotarliśmy do miasteczka, w którym znajdowała się Winter Mist. Wypożyczony samochód na szczęście posiadał klimatyzację. Zaparkowaliśmy pod stajnią i razem z Aidenem wyszłam z auta mniej więcej w tym samym momencie, w którym Detalli wybiegła z domu.
- Ruuuuus!
- Deeeeeet!
Rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Po kilku minutach poświęconym radosnym krzykom, przerwał nam Aiden. 
- Wybaczcie moje panie, ale śpieszy nam się... 
- Aaa, no racja. Potrzebujemy twojej pomocy - powiedziałam.
- No słyszałam, ale o co konkretnie chodzi?
- Heimdall musi sprowadzić kogoś do Midgardu.
- Kogo? I po co?
- Kosmitę - westchnęłam. - Nazywa się Darkehunter i ponoć przebywa w Asgardzkim więzieniu. 
- Eh, w więzieniu, powiadasz? Może być ciężko... 
- Proooszę... - Zrobiłam szczenięce oczka. 
- Zapytam Lokiego, co da się zrobić. 
Wprowadziła nas do salonu, gdzie przed telewizorem na wygodnej kanapie siedział bóg zła i kłamstwa, ostrząc swoje niezawodne sztylety.
- O, Ruska, witaj - powiedział na mój widok. 
- Cześć, szwagier.
- Rus chce wyciągnąć kogoś z naszego więzienia. Masz zrobisz wszystko, co w twojej mocy, jasne? - Detalli zmierzyła go groźnym spojrzeniem. 
Bóg zastanawiał się przez chwilę, a później skinął głową. 
- Kiedy przestanie ci być potrzebny, odeślemy go z powrotem. 
Wstał z sofy i poprawił swoje ziemskie odzienie. Wyszliśmy na zewnątrz i udaliśmy się w kierunku pustego pastwiska. Det kazała się nam odsunąć, gdy Loki stanął w pełnej majestatu pozie i poparzył na niebo. 
- Heimdallu! - krzyknął. - Otwórz most!
Nad nami zebrały się ciemne, burzowe chmury. Po chwili ogromny strumień kolorowego światła wessał boga, pozostawiając po sobie jedynie unikatowe ślady na ziemi. 
- Zaraz wróci - zapewniła nas Detalli.
I faktycznie. W tym samym świetle po kilku minutach pojawiły się dwie postacie. Darkehunter miał ponad dwa metry wzrostu. Wyglądał jak rasowy bokser wagi ciężkiej albo raczej jak strong-man w trakcie udanej kariery. Na skórze w przerażająco sinym odcieniu miał liczne blizny i świeże zadrapania. Kolejną charakterystyczną cechą były długie, czarne włosy. 
- To on - powiedział sucho Loki i pchnął kosmitę w naszym kierunku. - Jeśli spróbujesz sztuczek, zginiesz z mojej ręki - wysyczał. 
- Uważajcie na niego. - Det słabo się uśmiechnęła. 
- Wiem, wiem. Nie wygląda na miłego. 
- Zabiorę go do samochodu, a wy poplotkujcie - powiedział Aiden i wskazał wielkoludowi drogę. Ten posłusznie ruszył z chłopakiem przed dom. Loki po chwili do nich dołączył. 
- Powiesz mi co się stało? - zapytała łagodnie. - Dlaczego błąkasz się po świecie i wyciągasz kosmitów z więzienia?
- Takie nowe hobby, siostrzyczko. - Uśmiechnęłam się. - Chciałam o tym pogadać, ale teraz jakoś nie mogę. Obiecuję, że niedługo wpadnę i wszystko ci opowiem. 
- Ale wszystko gra? - Nie była przekonana.
- Niekoniecznie. Ale będzie dobrze.
Wróciłyśmy na podwórko, gdzie czekał uruchomiony samochód. Pożegnałyśmy się i wsiadłam do auta na miejsce obok kierowcy. 
- Wracamy do Rzymu? - zapytałam.
- Tak - odparła chłodno Heilari, która siedziała z tyłu z naszym nowym znajomym. Ciekawsko rozglądał się po wnętrzu pojazdu.
- Jak? Przecież nie wpuszczą go do samolotu. 
- Więc wynajmiemy własny. 
Jak powiedziała, tak zrobiliśmy. Malutki, kilkuosobowy samolocik dowiózł nas do stolicy Włoch. Nasz kosmita nie wyglądał na zaskoczonego, pomyślałam więc, że już kiedyś był na Ziemi. 
Zebraliśmy się w hotelowym pokoju Heilari.
- Kalijo jest w tym mieście - powiedziała mutantka, zwracając się do Darkehuntera.
- Domyśliłem się - odparł niskim głosem, który na myśl przywodził mi jedynie demony. Tak, miał głos jak demon. A to, że nigdy nie słyszałam żadnego demonowatego nie ma znaczenia. 
- Musisz ją znaleźć i odesłać - wyjaśniła.
- Po to mnie wyciągnęłaś? Tylko do tego jestem wam potrzebny?
- Zrobisz to dla mnie, Hunt.
- Zgoda - westchnął ciężko.
- Jutro rano zaczniemy poszukiwania. Możesz spać na podłodze. 
Kosmita skinął głową i odebrał koc od Aidena. Rozeszliśmy się do swoich pokoi.