czwartek, 8 sierpnia 2013

S. Shania | golden retriever |

















| GALERIA |

= Podstawowe dane =
Imię: Shania 
Płeć: suczka
Matka: Sersi [ golden retr., nvirt. ] 
Ojciec: Galactus [ golden retr., nvirt. ]  
Data urodzenia:14 lipca 2008r.
Rasa: Golden Retriever
Hodowla: Rosewood Ranch
Poprzedni właściciel: - 
Predyspozycje: biegi przełajowe, dogtrekking, aportowanie [ dummy ], wystawy

= Dokumenty = 
Paszport
Karta Zdrowia
Rodowód
Licencja hodowlana

= Opis =

Historia: Shania urodziła się w Rosewood po skojarzeniu dwóch wspaniałych przedstawicieli rasy golden retriever. Psy te należały do przyjaciółki Ruski, więc szczeniaka dostaliśmy po znajomości. Mała suczka zachwycała całą stajnię, urocza puchata kulka szybko stała się ulubienicą pracowników. Wyrosła na piękną, modrą goldenkę, która nawiązuje świetny kontakt z końmi i ludźmi.

Zachowanie: Nasza sunia jest idealnym przykładem goldena, wiecznie wesoła, ufna, kochana i uwielbiająca zabawę. Ogon nie przestaje machać ani na chwilę, wystarczy na nią spojrzeć żeby na pyszczku pojawił się uśmiech. Potrafi przybierać niesamowity "wyraz twarz" co nie raz wywołuje u nas śmiech. Jest bardzo towarzyska, zwykle przybywa w pomieszczeniu, w którym aktualnie jest najwięcej ludzi. Kiedy wychodzą - idzie za nimi. Jest bardzo łagodna, można zostawić z nią dzieci, nawet te bardzo małe, a ona nie zrobi im absolutnie nic. To samo podejście ma do koni i innych zwierząt, nawet kotów.

Opieka: Nie przepada za szczotkowaniem, ale grzecznie poddaje się pielęgnacji. Czasami próbuje dać nogę, ale jeśli powie się jej, że ma zostać - będzie cierpliwie stała lub leżała. Kocha wodę i gdy tylko widzi rzekę czy jezioro pakuje się w nie bez opamiętania. Jest w pełni szczęśliwa jeśli do tej wody wrzuca się jej zabawki, które z radością wyławia i zanosi właścicielowi. Nie boi się wypływać na głębokie wody.
Nieco inaczej sprawa ma się z kąpielami w wannie... Shania unika łazienki jak ognia, kiedy ktoś ją tam prowadzi zapycha się łapkami tak, że jakiś silny pan musi ją tam wnosić. Kiedy już umieścimy ją w wannie, siada i się nie rusza posyłając nam błagalne spojrzenia i ciągle mrucząc coś do siebie. Chociaż ciężko jest zidentyfikować te dźwięki, niektórym bardziej przypominają odgłosy wydawane przez mleczną krowę.

Spacery: Jedną z największych radości jaką można jej sprawić jest pieszy spacer po okolicznych pagórkach. Shania cieszy się kiedy widzi, że idziemy w kierunku lasu bez koni. Moja teoria sugeruje, że woli piesze wycieczki, ponieważ wtedy głaszczemy ją i pieścimy kiedy tylko podbiega. Rzucamy jej kijki i zabawki, za którymi biega merdając ogonem. 

Tereny:  Ze względu na to, że Shan jest posłuszna i dobrze dogaduje się z końmi, często jeździ z nami w tereny. Biegnie przy koniu czołowym, tak by zawsze trzymać się z boku. Wie, że nie może zbliżać się do zadu ani wchodzić przez truchtające wierzchowce. Kiedy tylko ktoś wyda komendę, Shania natychmiast ją wykonuje, dzięki czemu mamy pewność, że nikomu nic się nie stanie.

Zabawa: Ulubioną zabawą Shani jest aportowanie. Zawsze przynosi rzuconą zabawkę czy patyk i domaga się pochwały. Przepada także za chowanym i berkiem, lubi biegać, a jeśli człowiek próbuje ją gonić jest prze szczęśliwa.


= Potomstwo  [-] =

= Treningi i inne  [-] =

= Osiągnięcia  [-] =

środa, 7 sierpnia 2013

Teren | Stark Tower, Coffey, *Pamela, Cosmic Charlie & Sheila |

Stark Tower & Ruska
Coffey & Amelia
*Pamela & Ania
Cosmic Charlie & Sabina
Sheila & Valentine


Siedząc przy kuchennym stole tworzyłam listę na dzisiejszy teren, musiałam przydzielić konie dziewczynom, inaczej zabiły by się w walce o rumaki. Urządzałyśmy sobie babski wypad na jezioro, panowie mieliw tym czasie ruszyć Sangiento i Remingtona. Dopisałam imię Cosmic Charlie i zadowolona z siebie wyszłam z domu, na podwórku czekała na mnie Amelia.

- I co? Powiedź... - Spojrzała na mnie z miną szczeniaczka.
- Dla ciebie Coffey. - Uśmiechnęłam się podając jej kartkę.
- Leć po nią na padok, mam nadzieję, że Harry nie wywalił jej na łąkę...

Skinęła głową i pobiegła do stajni. Tymczasem ja skierowałam się do garażu, gdzie stała zakurzona bryczka. Dylan miał sprawdzić czy wszytko z nią w porządku, ale naturalnie przepadł wtedy kiedy go potrzebowałam. No nic, trening z *Ardiente dopiero jutro, więc zdążymy. Udałam się do siodlarni i zabrałam sprzęt Stark Tower po czym powiesiłam go na boksie klaczy.

- Hej Starky. - Pocałowałam ja po nosie i zabrałam się za czyszczenie posklejanej sierści.

Spokojnie szczotkowałam grzbiet dereszowatej, kiedy usłyszałam głośny krzyk dochodzący z drugiego końca stajni.

- Ty debilu! Zjeżdżaj bo zatłukę! - Sabina wydzierała się na rechoczącego McDonalda.
- Daj spokój, Sab. W końcu to tylko mały pajączek. - Tłumaczył się ciągle chichocząc. Na słowo pająk strzeliłam nieobecną minę i zajęłam się grzywą Tower. Nie ingerować.

Założyłam jej granatowy komplet, a później resztę ekwipunku. Po kilku minutach wyszłam ze stajni, gdzie czekała już Ania na niecierpliwej Pameli. Chwilę później dołączyła do nas naburmuszona Sabina na Cosmic Charlie, na Valentine z Sheilą i Amelię z Coffey nie musiałyśmy długo czekać.

Ruszyłyśmy stępem, ja jako czołowa, dalej Coffey, Pamela, Charlie i Shi. Jechałyśmy żwawym stępem po piaszczystej ścieżce prowadzącej do lasu, czułam, że Fey jest zbyt blisko zadu Stark Tower, ale Amelia szybko to skorygowała. Poza wyrywającą się Pam wszystkie konie były spokojne, jedynie ciekawsko rozglądały się po okolicy. Dla Stark to nowość, ale młody koń musi nauczyć się wszystkiego, a teraz jest na to najlepszy czas. Była pewna siebie i energicznie parła do przodu. Za sobą słyszałam ciche rżenie Sheili, która w terenie nie była już od dawna, a bardzo je kocha i niesamowicie się niecierpliwi.

Po 10 minutach jazdy, minęłyśmy znak zawierający kilka informacji Parku Reedwood. Jadąc tą trasą zawsze zaczynałyśmy tu kłus, więc zgodnie podniosłyśmy tybinki by podciągnąć popręgi, a kiedy to nastąpiło ruszyłyśmy sprężystym kłusem. Klacze bardzo ciągnęły i chciały się wyprzedać. Hmm, ciekawe co będzie w galopie...

Jechałyśmy pewną leśną, ciasną ścieżką. Las tutaj był bardzo gęsty, więc drzewa dawały przyjemne uczucie chłodu. Uwielbiam tę trasę, bo jest tutaj mnóstwo wyboi, góry, pagórki i doliny, po których można fajnie potruchtać. Ta część trasy ciągnęła się dość długo, wyjechałyśmy z tej części parku, kierując się w stronę największego jeziora w okolicy. Po drodze czekała na nas spora łąka, na którą galopem wparadowały Ania i Pamela. Najwyraźniej klacz była nie do zatrzymania, ale nie dziwię się jej. Zastęp nam się z  grubsza rozwalił, każda zagalopowała i pedziła w sobie tylko znanym kierunku, z wyjątkiem Amelii na grzecznej Coffey.

- Możemy szybciej?! - Zapytałam Mel.
- Tak, ale będę za tobą, dobra?!
- Spoko!

Dołożyłam Stark łydkę, klaczy nie musiałam powtarzać dwa razy i natychmiast przyspieszyłyśmy. Pamela przecinała łąkę cwałem, daleko za nią galopowała Valentine z Shi. Sabina kręciła na Charlie wolty, chociaż klacz i tak zasuwała nieomal wywalając się na zakrętach. Uśmiechnęłam się widząc to i próbowałam dogonić Sheilę, która z kolei usiłowała doścignąć Pam. Kiedy arabka dobiegła do końca łąki zwolniła do galopu wpadając na ścieżkę między sekwojami. Po kolei wjeżdżałyśmy tam, kończąc na Cosmic.

Pamela nie jest najlepszą czołową, dlatego szybko zmieniła się z Shi. W takim ustawieniu dojechałyśmy nad nasze upragnione jezioro. Coffey i siwa od razu wgalopowały do wody, zaraz po nich zrobiła to Charlie. Ja zwolniłam do kłusa i tak wjechałam na brzeg. Starky brodziła kopytkami i kopała nimi tak by wszystkich dokładnie oblać. Spojrzałam na Anię, która męczyła się z kasztanką, dopiero po chili wytłumaczyła jej, że woda w jeziorku nie gryzie i jest tak samo fajna jak ta z węża ogrodowego.

Nasze trzy wielbicielki crossu śmiało wchodziły głębiej, co prawda Tower nigdy nie ma problemów z bajorkami podczas przejazdy crossowego, ale teraz miała stracha, więc do niczego jej nie zmuszałam. Pamela zatrzymała się na wysokości pęcin i dalej iść nie zamierzała. Po 15 minutach zabawy postanowiłyśmy wracać do stajni.

Jechałyśmy w takiej kolejności jak na początku, odprężającym stępikiem. Jako, że do RR miałyśmy jeszcze 4 kilometry, po jakimś czasie ruszyłyśmy kłusem, a na pewnym piaszczystym odcinku zagalopowałyśmy. Klaczki nie miały już ochoty na wygłupy i przyzwoicie szły na przód.

Po dojechaniu na miejsce rozebrałyśmy nasze rumaki przed stajnią i wypuściłyśmy je razem na pastwisko. Ekwipunek zabrałyśmy do siodlarni i wymyłyśmy wędzidła.

Trening wyścigowy | *Bad Sign & *Tea Biscuit |

*Bad Sign & Dylan
*Tea Biscuit & Ruska
Tor wyścigowy - Rosewood Ranch

Wstałam o 5:30, a piętnaście minut później zeszłam do kuchni będąc jeszcze niemal nieprzytomną. Z chwilą otworzenia lodówki nieco się ożywiłam, wymagał tego ode mnie instynkt przetrwania, gdyż chłodziarka świeciła pustkami i trzeba było znaleźć coś do jedzenia poza nią. Wczorajsze bułki i resztki nutelli, pycha.

Delektując się śniadaniem analizowałam cechy obydwu moich ogierów wyścigowych. Jeden z nich miał mnie dzisiaj dźwigać, ale wciąż nie mogłam się zdecydować który... Ostatecznie wybrałam Tea Biscuita, żeby poczuć smak przekroczenia linii mety jako pierwsza. Wiem, że to tylko trening, ale emocje są te same.

Wyszłam z domu i z zadowoleniem stwierdziłam, że temperatura sięga ledwo 20 stopni. Idealna pogoda na bieganie. Ruszyłam do stajni i witając się z każdym koniem z osobna doszłam do boksu gniadego anglika.

- Biscuit, skarbie. Postarasz się dzisiaj, co? - Otworzyłam boks i stając na progu głaskałam jego cudną główkę którą z uporem wciskał w moje ramiona. - Kochany jesteś, wiesz? No pewnie, że tak.

Zamknęłam drzwi i udałam się do siodlarni, skąd wzięłam potrzebny sprzęt po czym wróciłam do Tea i wyjęłam z jego skrzynki szczotki. Nie był brudny, wiec już kilka minut później zakładałam siodło. Kiedy skoczyłam go przygotowywać założyłam kask i wyprowadziłam konia ze stajni. Jakiś wesoły ptak przysiadł na dachu i umilał nam poranek. Nawet nie byłam zła z wczesnego wstawania, miałam na prawdę niezły humor.

Wsiadłam na ogiera z pomocą schodków i wolnym stępem na luźnej wodzy udaliśmy się w kierunku toru. Dzisiejszy dystans wynosił 1600 metrów, a celem treningu było poprawienie prędkości osiąganej przez nasze rumaki.

Zdążyłam już rozstępować Biscuita i zakłusować zanim na tor wjechali Bad Sign i Dylan, a obok nich dreptał Harry ze swoim wysłużonym stoperem i termosem z herbatką. Myślałby kto...

- Zegarków nie macie? - Mruknęłam wiedząc, że będę musiała dłużej czekać.
- A witam serdecznie. - Harry zaraz potem ziewnął wywołując u Signa przestraszoną minę. - To ja tam... Tego... - Próbował coś dodać, ale widocznie okazało się to zbyt trudnym zadaniem. Poszedł na trybuny by obserwować nas jednym okiem.
- Dobra.- Dylan skrócił wodze i ruszył stępem. - Ty pracujesz nad startem, potem on juz sobie da radę. Ja zajmuje się utrzymywaniem w siodle i jako takim kierowaniem.
- To ammy plan. Daj znac kiedy skończysz. - Uśmiechnęłam się i zakłusowałam.

Odjechałam kilkaset metrów by w spokoju przeprowadzić rozgrzewkę. Robiliśmy wolty, zmiany kierunku, ćwiczenia na rozciąganie itd. W końcu Mogliśmy podjechać do bramek., obydwa konie nie boją się ich, więc bez najmniejszego problemu weszły do środka. Bad zajął tę bliżej barierki, my byliśmy tuz obok. Tea jak zwykle był niesamowicie opanowany, co wróżyło kiepskim starem. Ale nie tym razem, kochanie. Przygotowałam się na otworzenie bramek, co nastąpiło kilka sekund później. Od razu dołożyłam ogierowi łydki i zaczęłam cmokać nie dając mu szansy na zignorowanie mnie. Chcąc nie chcąc przyspieszył zaraz po kilku krokach niezbyt urodziwego galopu.

- Dooobrze! - Krzyknęłam z uśmiechem.

Bad Sign zawsze wypada z bramki jak spłoszony królik, tak było i tym razem. Pędził na przód skupiając się tylko na tym by wyprzedzić wiatr, który szumiał nam w uszach. Po 300 metrach był jedynie długość przed nami. Jak na Biscuita to i tak dobrze, tym bardziej, że ogier już bez mojej pomocy utrzymywał dobre tempo. Wahałam się czy od razu przyspieszyć, czy czekać do 8000 metra. Dla mojego konia nie byłby to ogromny wysiłek, ale mimo to postanowiłam poczekać. Bad dawał z siebie wszystko, co mogło się dla niego skończyć kiepsko, ze względu na to, że nie jest tak wytrzymały. To zdecydowany krótkodystansowiec, który męczy się na wyznaczonym na dziś dystansie. A przy 2000 trzeba go wyraźnie spowalniać żeby nie padł w połowie trasy,

Ciągle utrzymywałam się długość za Badem, na zakrętach nieco zwalnialiśmy by na prostych przyspieszać. W Tea zaczęło się budzić to coś, co pomaga mu w biegu. Musiałam go wstrzymywać, ale na za wiele sie to nie zdało, bo wkrótce zrównał się ze swoim rywalem.

-  Dobra, teraz! Leć! - Krzyknął Dylan dając znak, że mam wykorzystać potencjał Tea Biscuita, a co za tym idzie i Bad Signa, który włoży dużo wysiłku żeby nas gonić.

Krzyknęłam i poluźniłam wodze dzięki czemu mógł wybić do przodu co też natychmiast uczynił. Bezzwłocznie postawił uszy i wyciągał cwał tak, że resztę zostawiliśmy w tyle. Żeby taki efekt utrzymać musiałam się jeszcze trochę nastawać, ja odpuścić mogę dopiero kiedy "zaskoczy". Czyli kiedy Tea wczuje się już w ten rytm i zapragnie być najlepszym. Czasami to w ogóle nie następuje, ale wtedy było inaczej. Na 1100 metrze wiedziałam, że już przejął kontrolę i przyspiesza bez mojej pomocy. Co prawda rozpędzenie się zajmuje mu kilka chwil, ale linię mety przekroczyliśmy 1,5 długości przed Badem. Uspokoiłam go tak by zwolnił go wolnego galopu, a potem kłusa i zawróciłam. W między czasie zrównaliśmy się z naszymi rywalami. Wyklepałam gniadego, to samo z kasztankiem zrobił Dylan.

- Było nieźle. - Pochwalił nas trener po czym przybiliśmy piątkę.

Harry truchtał do nas z pustym termosem.

- No... Tea ostatnio był lepszy. Teraz było raczej przeciętnie, ale chociaż nie cofa się w umiejętnościach. Jeśli utrzyma taki poziom nie będzie źle, ale może być znacznie lepiej. Tak czy siak dobra robota. Co do Bada to sam zobacz. - Pokazał Dylanowi stoper, a na twarzy dżokeja natychmiast zagościł szeroki uśmiech.
- Ha! Proszę bardzo! Sign pobił swój rekord! - Jeszcze raz poklepał ogiera, który zniecierpliwiony grzebał kopytem w ziemi.
- No dobra, już dobra, Wszyscy wiemy, że to mój Herbaciany zasługuje na więcej pochwał.
- Ta, chciałabyś. Bad Sign ma lepszą technikę.
- Pff... Black Rose by nie przegonił.
- Chyba Biscuit!

 I tak wesoło drażniliśmy się całą drogę do stajni. Oporządziliśmy rumaki, które zostały wywalone na padoki, póki jeszcze była znośna temperatura.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Lonża | Secret |

Secret & Ruska
Padok - Rosewood Ranch


Zamknęłam boks Black Rose, którą obdarowywałam cukierkami i nie za bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Udałam się więc do kuchenki i dorwałam jakieś ciastka. Dochodziła 20 i temperatura obniżyła się na tyle by przebywanie na dworze stało się przyjemne. Większość koni spędzała cudowne chwile na pastwiskach, reszta odpoczywała w boksach lub uczestniczyła w treningach. Przejrzałam kilka gazet i postanowiłam przejść się po stajni, pomyślałam, że może wpadnę na jakiś genialny pomysł. Takowy pojawił się gdy mijałam boks Secreta. Pogłaskałam kasztanka po pyszczku i uśmiechnęłam się.

- Co byś powiedział na lonżę Sekretny?

Jego stan był znakomity, wszyscy staramy się dużo z nim pracować i pokazać, że świat nie jest zły. Miśka twierdzi, że może już przyjąć jeźdźca, ale ciągle się waham. Towarzyszy mi obawa, że jeżeli ktoś postanowi na niego wsiąść wszystko wróci do punktu wyjścia i całe leczenie będzie musiało zacząć się od nowa. Nie wiem czy Secret byłby w stanie to przejść. Do siodlarni miałam dosłownie kilka metrów, więc czym prędzej powędrowałam tam w poszukiwaniu lonży. Wróciłam do wałacha i wyczyściłam go, po czym zapięłam na taśmę i wyprowadziłam ze stajni. Jako, że wszystko było już pozajmowane, udaliśmy się na padok.

Odczepiłam lonżę tak by koń mógł chodzić w wolno w samym kantarze. Póki co stał i rozglądał się strzygąc uszami z wielkim spokojem. Podeszłam do niego i pogłaskałam na całej długości.  W tym czasie obwąchiwał ziemie w poszukiwaniu źdźbeł trawy, niestety ich nie odnalazł. Skupił uwagę na mnie, ruszyłam przed siebie z nadzieją, że postanowi za mną pójść. Tak też się stało i po krótkim spacerze podarowałam mu cukierka.

Pochodziliśmy jeszcze trochę, a potem podpięłam lonże by chodził po okręgu. Średnica koła była spora, choć koń ciągle próbował ją zmniejszać. Po jakimś czasie cmoknęłam i uniosłam lewa rękę, ruszył wolnym kłusikiem. Musiałam sobie jeszcze sporo pocmokać zanim zdobył się na jakieś konkretniejsze tempo.

- Dobrze... - Pochwaliłam go z uśmiechem.

Minęło kilka minut i zatrzymałam go by zmienić stronę, ponownie zakłusował, z tymże poruszał się już znacznie rytmiczniej. Zachowywał się tak jakby nie pamiętał swojej przeszłości, Miśka mówiła, że najprawdopodobniej będzie zachowywał się całkowicie normalnie, nawet pod jeźdźcem, ale może mieć duży problem ze skakaniem. Nie szkodzi, przecież nikt nie będzie go zmuszał.

- Prrrć...

Posłusznie zwolnił do stępa. Robiliśmy sobie ćwiczenia z przejściami i zmianami tempa. Zagalopowanie poszło bardzo fajnie, nie miał z tym żadnych trudności. To samo w druga stronę.

Pochwaliłam go gdy stępował z opuszczona do ziemi głową. Nie będę kłamać, od początku naszej lonży chciałam na niego wsiąść. Wiedziałam, że to zależy tylko ode mnie i według wszelkich statystyk koń powinien zachować się całkiem spokojnie. Spojrzałam w górę i zaśmiałam się, za dużo myślę! Musze przestać i działać jak każe mi intuicja!  Podprowadziłam go do ogrodzenia i stojąc na nim głaskałam konia po grzbiecie stopniowo naciskałam coraz mocniej, ale to robimy podczas każdej lonży już od kilku miesięcy. No i co? Przewiesiłam się przez niego, wałach delikatnie poruszył się i odwrócił głowę żeby sprawdzić co robię. Dałam mu marchewkę i poczułam się pewniej. Wróciłam na dawną pozycje i po kilku sekundach wsiadłam. Zamknęłam sobie usta dłonią żeby nie wydać żadnego niezidentyfikowanego dźwięku, ale nie pomogło bo i tak zaczęłam chichotać ze szczęścia. Głaskałam go po szyi i zeszłam dopiero po dłuższej chwili. Następnym razem przejadę się stępem. Może założę mu siodło? Oj miałam już mnóstwo planów.

Otworzyłam furtkę i wyprowadziłam wałaszka. Dylan na Black Rose podjechał do nas, a konie przywitały się muśnięciem chrap.

-Widziałem, w końcu pozwoliłaś mu by cię dźwigał. Już myślałem, że troskliwa mamusia jeszcze z rok będzie czekała... - Parsknął śmiechem tarmosząc rudemu grzywkę.
- Pewnie bym czekała, ale czasami jak sobie coś ubzduram to muszę to natychmiast zrobić. Chyba będzie dobrze. Pomogliśmy mu. - Uśmiechnęłam sie głaszcząc Secreta po ganaszu. Koń niemal usypiał, tak samo jak Blacky. - A co z nią?
- Przegalopowała cały tor. - Poklepał ją z promiennym uśmiechem. - Za miesiąc będzie startować. Nie boi się już toru ani trybun.
- Same dobre wieści. Dobra lecę. Jutro widzimy się o 7.
- Faktycznie dobre wieści... - Mruknął pod nosem.

Trening crossowy | Stark Tower & Cosmic Charlie |

Stark Tower & Ruska
Cosmic Charlie & Amelia
Tor crossowy - Rosewood Ranch


Po porannym treningu z Paranoją byłam gorzej niż wykończona. Rozłożyłam się na kanapie w salonie i oglądałam powtórkę jakiegoś serialu kryminalnego. Charlie grzebał w papierach przy stole, a Sabina zajmowała się przygotowywaniem obiadu. Reszta drużyny biegała na zewnątrz  żeby skończyć swoją robotę do przerwy. Dochodziła 13, więc konie miały wolne i w większości przebywały w stajni by zminimalizować uczucie gorąca. To znaczy, *Lost Cassino, *Pamela i *Corrida grasowały po padokach, taka tam temperaturka im nie przeszkadza.

- Co masz dzisiaj w planach? - Zapytał blondyn.
- Am... Jakiś cross. A co?
- Nic. W Liderze pławienie więc wole się przenieść tam... - Usmiechnął się zawadiacko i rozpoczął procedurę upychania miliona kartek do kolorowych teczek.
- Zdrajca... - Prychnęłam i rzuciłam w niego poduszką. - Co na obiad?
- Rzadkie z gęstym... Mielone z ryżem i czymś takim z puszki. - Dziewczyna uniosła przedmiot w górę.

Wstałam i przeanalizowałam swój strój, ujdzie.

-Charlie, jedziemy do McDonalda. - Powiedziałam konspiracyjnym szeptem zakładając kowbojki.

Skinął głową i pożegnał się z Sab po czym wyszliśmy. Nie zmierzał dopuścić mnie do kierownicy, więc jechaliśmy zbyt bezpiecznie i stanowczo zbyt długo. Do Rosewood powróciłam po 16, niemal natychmiast dopadła mnie Amelia, która miała mieć dziś jazdę.

- Wolisz jeździć teraz czy o 18, Mel?
- Na 19 muszę być w domu, także...
- Okey. To pojedziemy na tor crossowy. Przygotuj sobie Cosmic, dobrze?
- Mhm.
- Za 15 minut na przy lonżowniku. -Uśmiechnęłam się i poszłam do siodlarni.

Zabrałam sprzęt Stark Tower i jasno zielony komplet. Klacz czekała na mnie w boksie i ucieszyła się kiedy podarowałam jej kawałek marchewki. Pomiziałam ją, a później przystąpiłam do czyszczenia. Była czysta jak nie ona, może jakieś dobre dziecko mi ją wyszczotkowało? No nic, założyłam czaprak, podkładkę i siodło, następnie ogłowie. Pozapinałam wszystkie paseczki, coby rumak wygląd reprezentacyjnie. Kiedy byłam gotowa wyszłam ze stajni i podpięłam popręg. Chwilę później pojawiła się Amelia na Cosmic Charlie i wsiadłyśmy na nasze wierzchowce.

- Wiem, że swój pierwszy cross miałaś mieć na Coffey, ale dzisiaj skakała i nie chcę jej przemęczać.
- Nie ma sprawy, z rudą też już się w miarę dogaduję. - Poklepała Charlie po łopatce. Jechałyśmy obok siebie żwawym stępem.
- Zbieram chętnych na pławienie, jutro o 14. Co ty na to?
- Jej, no pewnie!

Plotkując dojechałyśmy na tor po 10 minutach. Pierwsze przeszkody mieściły się na dużej polanie w środku iglastego lasu. Tam też wybrałyśmy sobie miejsce na rozgrzewkę, każda indywidualnie wykonywała wolty i zmiany kierunku w kłusie, cofania, dodania, zwroty itd. Kobyłki były dziś bardzo grzeczne, ale i pełne zapału do zabawy.

- Zagalopuj sobie. - Powiedziałam do mojej towarzyszki i niemal w tym samym momencie ruszyłyśmy tym chodem. Poruszałyśmy się w różnych kierunkach na dwóch sporych woltach, z góry wyglądało to jak ósemka. Bawiłyśmy się tempem i zmianami kierunku, Stark bardzo dobrze radziła sobie z lotnymi zmianami nogi, o Charlie nawet nie wspomnę. Obie kobyłki bardzo się starały.

- Przeskoczymy sobie to po dwa razy i pojedziemy na trasę, okey?
- Dobrze!

Najechałam galopem na niską beczkę, przed którą dodałam mocniejszy impuls. Tower ładnie się wybiła i przeleciała na drugą stronę. Zwolniłam do kłusa i zerknęłam na drugą parę. Cosmic trochę pędziła, ale Amelii udało się ją zwolnić i oddać dobry skok. Powtórzyłyśmy to i po chwili kłusa przeszłyśmy do stępa.

- One chodzą easy, więc pojedziemy sobie prostą i przyjemną trasą. Trzymaj się za mną, tak żebyś nas widziała, ale nie była za blisko w razie gdyby mi kobyła wyłamała czy coś, okey?
- Tak. A ona nie ma z tym problemu?
- Nie, ona sama wie co robić. - Uśmiechnęłam się i z grubsza rozplanowałam kolejność przeszkód.

Ruszyłam galopem na wcześniej wspomnianą beczkę, dziś pracujemy nad dokładnością więc nie zamierzałam zasuwać. Po kilkudziesięciu metrach czekał na nas szereg złożony z dwóch żywopłotów. Tak jak pierwszą skoczyłam bez problemu, tak przy drugiej poczułam zawahanie klaczy. Zerknęłam za siebie. Charlie w pięknym stylu pokonywała szereg i wciąż trzymała się za nami. Musiałyśmy wgalopować na wzniesienie, na szczycie którego zbudowany był niski, podłużny domek. Zaraz po nim był łagodny stok, który już na prawie płaskim terenie przecinał strumień. Zarówno Stark jak i Cosmic ze wszystkim poradziły sobie bardzo dobrze.

Zaczął się odcinek na wyciągnięcie prędkości, więc dodałam łydki i cmoknęłam. Stark natychmiast przyspieszyła, a razem z nią Charlie. Ta druga nawet za bardzo, więc popędziłam Tower tak by wydłużyć odległość między nami.

-Okey, zwalniaj! - Krzyknęłam widząc drewnianą przeszkodę, która z góry wyglądała jak trójkąt. Obydwie klacze przeskoczyły ją bardzo swobodnie. Później rozprawiłyśmy się z dwoma kolejnymi i wpadłyśmy do płytkiego jeziorka, w którym mieściła się następna. Pochwaliłam klacz i docisnęłam łydki, gdyż znowu pojawiła się droga na dodanie. Na koniec przeskoczyłyśmy szeroką przeszkodę z desek i mogłyśmy zwolnić do kłusa. Wyklepałyśmy konie, które prychały opuszczając głowy do ziemi.

- I jak?
- Było świetnie! Serio!
- Radzisz sobie muszę przyznać. Jeszcze trochę i jakieś zawody trzeba będzie cie wysłać młoda. - Przybiłyśmy piątkę i kłusem wjechałyśmy w szeroką leśną ścieżkę. Znowu jechałyśmy obok siebie, a kobyłki co jakiś czas dotykały się chrapami. Jechałyśmy na około by mieć czas na rozstępowanie koni po wysiłku. Gdy przybyłyśmy do stajni były już niemal suche. Zdjęłyśmy sprzęt i powiesiłyśmy go na płocie, a rumaki wypuściłyśmy na padoki.

Zaniosłyśmy rzędy, wymyłyśmy wędzidła, a pół godziny później odwiozłam Amelię i jej rower do domu.

OG. Moet II | hol |















| GALERIA    |
| GALERIA 2 |
| GALERIA 3

= Podstawowe dane =
Imię: Moet II
Płeć: ogier
Matka: Missouri [ nvirt. ]
Ojciec: Frozem Motion [ nvirt. ] 
Data urodzenia: 2 maja 2005r.
Rasa: koń holsztyński
Wzrost: 165 cm
Hodowla: WHK Lider
Poprzedni właściciel:
Predyspozycje: ujeżdżenie | L-P |, skoki | L-P |, cross | easy |, WKKW | easy

= Dokumenty =
Bonitacja
Rodowód
Licencja na krycie 

= Opis =

Charakter: Generalnie to koń spokojny i zrównoważony. Pomimo młodego wieku potrafi całkiem sporo i całkowicie ufa ludziom ze swojego otoczenia. Chętnie zaprzyjaźnia się także z nowo poznanymi osobami czy końmi. Uwielbia być głaskanym i rozpieszczanym, a że Ruska traktuje go z taryfą ulgową ma całkiem fajne życie. Jako ulubieniec połowy stajni musi być w centrum uwagi i zabiega o nią w uroczy sposób, nie jest nachalny czy denerwujący. Czasami lubi się pobuntować, ale doprowadzenie go do porządku jest proste i szybkie. Bywa niecierpliwy, ale zazwyczaj spokojnie czeka na jedzenie czy zakończenie procesu czyszczenia.

W stajni: Oj kto jak kto, ale Monet uwielbia siedzieć w boksie i wcinać siano. To nie znaczy, że na pastwisko trzeba wyciągać go ciągnikiem! On po prostu ceni sobie własną, bezpieczną przestrzeń bez nagabywania kolegów. Ponadto tam jest większa szansa na zdobycie cukierka od przechodzących korytarzem stajennych.
Czyszczenie nie jest dla niego problemem, może nie przepada za ciągnącym się w nieskończoność szczotkowaniem, ale znosi to bardzo dobrze. Stoi spokojnie i próbuje zasnąć lub zerka co wyczynia jeździec. Zdarza mu się rozpinać wszelkie suwaki, i zaglądać do kieszeni w poszukiwaniu smakołyków. Ładnie podnosi nogi, nie ma miejsca, którego nie pozwoliłby sobie dotknąć.
Zakładanie sprzętu mu nie przeszkadza, stoi i czeka. Nie gryzie ani nie zadziera głowy przy zakładaniu ogłowia. Natomiast młodzi jeźdźcy mogą mieć problem ze wsiadaniem, ponieważ Monet odsuwa się gdy tylko jeździec poczuje się zbyt pewnie.
Nie przepada za polewaniem go wężem ogrodowym, nie jest tak, że się boi i ucieka, ale wierci się i kładzie po sobie uszyska. Jednak w gorące dni potrafi nam wybaczyć ten nieprofesjonalizm i ciszy się chłodnymi strumieniami spływającymi z grzbietu i szyi.

Pod siodłem: Fajny wierzchowiec dla średnio zaawansowanych jeźdźców. Co prawda nadaje się do rekreacji, ale jako ulubieniec Ruski chodzi tylko pod zaufanymi osobami. Nie jest idealny, ale własnie to czyni go sobą. Monet nie będzie trzymał się ściany od tak, nie będzie stał w miejscu po zatrzymaniu, nie będzie skakał jeśli jeździec nie wykaże się jakimiś umiejętnościami. Żeby zgrać się z tym ogierem trzeba od siebie czegoś wymagać, nie można wsiąść, palnąć "wio" i siedzieć jak ten worek kartofli. Nie, Mo uczy pracy nad swoimi umiejętnościami i pilnowaniem się na każdym kroku i w każdym momencie jazdy. Przykładowo, na finałowym stępie nie można po prostu oddać wodzy i zająć się podziwieniem obłoczków. Jeśli tak się stanie koń bryknie i klienta zrzuci po czym z dumnie uniesioną główką pokłusuje do furteczki.

Skoki: Moet na prawdę lubi skakać, ale nie będzie tego robił jeżeli jeździec nie pokaże co potrafi. Skoki luzem - nie ma problemu, pod siodłem - stary, musisz pokazać, że chcesz albo spadaj... Nie raz zatrzymywał się tuż przed przeszkodą lub omijał ją tylko dlatego, że pasażer miał w nosie pilnowanie go. Monet jest cwany i żeby jazda się udała trzeba być mądrzejszym od niego. Jeśli ma się wszystko pod kontrolą, wodze, łydki, dosiad... wszystko, wtedy koń oddaje genialne skoki i parkur pozostaje w stanie nienaruszonym. Rzadko zrzuca drągi, stara się by wybicie było mocne, a technika poprawna.

Ujeżdżenie: To ten moment kiedy ludzie myślą, że mogą sobie z nim poradzić i okazuje się, że spotyka ich niespodzianka. Nie ma łydki? Stop. Nie ma wodzy? Galop. Nie ma koncentracji? A się spłoszymy własnego cienia... Moet pod jeźdźcem, który kontroluje sytuację może góry zdobywać. Ma ładny ruch i umiejętności, a do tego bajeczny wygląd. Uwielbia prace z człowiekiem i widać to podczas profesjonalnych treningów. Tak jak na ćwiczeniach bardzo pilnuje jeźdźca, tak na zawodach skupia się na sobie i tym, co dzieje się wokół niego.

Cross: Pilnowanie, pilnowanie i jeszcze raz pilnowanie. Jeżeli jeździec przestanie skupiać się na nim, poleci gdzieś do lasu i tyle go widzieli...  Bardzo lubi crossowe przeszkody, szczególnie te wodne, ale kiedy nadarza się okazja - wyznacza własną trasę. Nie boi się tych wszystkich kosmicznych przedmiotów, skacze bez mrugnięcia okiem. Tutaj rzadko zdarza mu się wyłamywać, jeśli na zamiar zwiać zrobi to na odcinku bez przeszkód.

Na zawodach: Nie można powiedzieć żeby był spokojny niczym pluszowy miś, ale nie wariuje jak niektóre konie. Wiadomo, że trochę się denerwuje i wierci, ale nie przeszkadza mu głośna muzyka i to całe zamieszanie. Bardziej skupia się na obcych koniach, szczególnie nie przepada za ogierami. Co do klaczy jesteśmy zadowoleni, że nie zachowuje się jak jego koledzy. Nie rzuca się w ich kierunku, potrafi się kulturalnie przywitać i wymieniać pozdrowieniami.

W terenie: Odważny koń, pójdzie wszędzie i z każdym, ale trasa niekoniecznie zależy od jeźdźca. Monet lubi sobie od czas do czasu wykonać skok w bok i czmychnąć w zupełnie inną stronę niż reszta zastępu. Bez problemu wbiega do jeziorka, lubi pływać i chlapać kopytami tak żeby wszyscy byli mokrzy. Dobry na czołowego i zazwyczaj na tej pozycji wędruje po szlakach. 
= Potomstwo  [-] =

= Treningi i inne  [ 1 ] =
  1. Trening skokowy
= Osiągnięcia  [ 7 ] =
  1. I miejsce w skokach kl. L na Hipodromie Gold Horses
  2. II miejsce w ujeżdżeniu kl. L na Hipodromie New Hampshire
  3. II miejsce w skokach kl. P na Hipodromie New Hamshire
  4. II miejsce w ujeżdżeniu kl. L na Hipodromie Sopy
  5. IV miejsce w amatorskiej gonitwie ogierów na Hipodromie Raven
  6. VI miejsce w skokach kl. P na Hipodromie Gold Horses
  7. IX miejsce w amatorskiej gonitwie skokowców na Hipodromie Raven

Trening skokowy | Black Paranoic, Coffet & Moet II |

Black Paranoic & Ruska
Coffey & Valentine
Moet II & Charlie
Plac skokowy - Rosewood Ranch

Umówiłam się na trening skokowy o jakże cudowniej brzmiącej godzinie ósmej. Może nie byłam bym aż tak zrezygnowana gdyby nie przydzielony mi koń, a mianowicie Black Paranoic. Kobyła jest szalona, ale kiedyś musi zacząć chodzić pod siodłem. Miała wolne od miesiąca, ponieważ pojawiły się problemy z przewozem jej do Lidera. Chwilowo stoi w RR i roznosi mi stajnię.
Istotnym faktem jest też dzisiejsza podróż Charliego i Moeta, którego zdecydowałam się przenieść na moje ukochane odludzie. A chłopak był w komplecie, więc nie narzekam.

Zapakowaliśmy konia do małej przyczepy i ruszyliśmy w drogę, która zajęła nam około godziny.
- Dzieciak jaki spokojny. - Powiedziałam z uznaniem gdy otworzyłam drzwiczki będąc już w Rosewood.
- Przyzwyczaił się już. - Charlie pogłaskał go po głowie po czym poszedł opuścić rampę.

Odwiązałam ogiera i wyprowadziłam go na zewnątrz by mógł się rozejrzeć. Wyglądał jak surykatka obserwująca otoczenie by w porę dostrzec zagrożenie. Monet wydawał się być nieco wystraszony, ale w rzeczywistości zwyczajnie zżerała go ciekawość. Zarżał, a kiedy odpowiedział mu *Lost Cassino kłusujący na pobliskim padoku, rozluźnił się i pociągnął mnie w stronę ogrodzenia, gdzie rosła soczysta trawa,

- Ja myślałam, że tu będzie jakiś cyrk i nie wyjdziemy z tego cało, a tu proszę! Chłopak nam zmądrzał. - Uśmiechnęłam się obserwując jak z zapałem kosi mi trawnik. Postanowiłam dać mu chwilę, w tym czasie Charlie przestawił przyczepkę pod garaż i wyjął sprzęt.

Kiedy holsztyn już się nażarł zaprowadziłam go do przygotowanego przez Anię boksu. Otrzepał się od much i wystawił łeb ponad drzwiami by obwąchać zbliżające się do niego chrapy Remingtona odpoczywającego po treningu. Ogiery witały się przyjaźnie więc zostawiłam ich samych.

- Za pół godziny na maneżu. - Powiedziałam do Valentine, która szukała czegoś w swojej szafce.
- No wiem, wiem. Popołudniu pojedziemy nad jezioro?
- Dobry plan, zobaczymy. W razie czego weź sobie Sangriento czy kogoś i jedź sama.
- I tak bym pojechała, ale żeby potem nie było skomlenia, że was moim genialnym pomysłem nie oświeciłam.
- Dobra młoda, zobaczymy co będzie, bo po jeździe z Paranoją moje być połamana i wtedy na pewno nigdzie nie pojadę.
- Podobno pod siodłem jest normalniejsza... - Dziewczyna wzruszyła ramionami wracając do przerwanej chwilę wcześniej czynności.
- Podobno...?
- Harry mówił, że jest w miarę.
- Aha, a ja mówiłam, że na nią się nie wsiada. Jedynie lonża, prawda? Kiedy to było?
- Ja nic nie mówiłam...
- UFO, ja i tak się dowiem.
- Bonne chance... - Odpowiedziała z drwiącym uśmiechem.
- Nie wyjdziesz żywa z tego treningu...

Podreptałam do stajni by sprawdzić czy mój wierzchowiec ładnie zjadł swoje śniadanie. Wszystko grało i śpiewało, szczególnie mieszkanka owego boksu. Ma niesamowite zdolności wokalne... Muszę sobie zorganizować ekipę do czyszczenia tego demona. W pięć minut załatwiłam już wszystko i mogłam chwilę odsapnąć. Kiedy nadeszła godzina zero wyprowadziłam Paranoję na dwór i przekazałam uwiąz Sabinie. Ja i Ania wzięłyśmy szczotki, a Dylan przygotowywał cukierki dla klaczy. Skinęłam głową i ruszyliśmy! Ekspresowe czyszczenie to nasza specjalność, szczególnie jeśli stawka jest życie. Na szczęście zdążyliśmy zanim Blacky zdążyła się znudzić. Założyłam mój najsolidniejszy kask i zabrałam się za równie błyskawiczne siodłanie i ogławianie kobyły. Ugryzła Ankę w przedramię i nadepnęła mi na stopę, ale jak na nią to całkiem niezły rezultat. Dosiadłam jej i pogłaskałam, ponieważ zdecydowała się stać spokojnie. Delikatnie skróciłam wodze i stuknęłam ją łydkami by ruszyła przed siebie.

- Paranoic Team, dobra robota! - Krzyknęłam na odchodne.

Coś jej tam nie pasowało i ciągle merdała głową, ale sprawdziłam i wszystko było prawidłowo zapięte. Była po prostu zła, że śmiałam wziąć ją do roboty. Szłyśmy stepem po brukowej ścieżce prowadzącej  na duży maneż, kiedy Blacky zobaczyła Moeta. Charlie wstrzymał swojego konia nie za bardzo wiedząc jak zachowa się moja kobyła. Co do ogierka nie miałam żadnych obaw, zawsze jest spokojny i nie rzuca się do klaczy. Paranoja ruszyła kłusem w kierunku pary nie zważając na moje próby zatrzymania jej. Musiała być pięknie złożona, ale wtedy myślałam tylko nad tym jakie atrakcje spotkają mnie podczas treningu.

- Ona tak zawsze rwie? - Zapytał chłopak przyglądając się klaczy obwąchującej izabelowatego.
- Tiaaa... Będzie super...
- Trochę optymizmu skarbie. - Uśmiechnął się, z pewnością wyobrażając sobie jak zlatuje.

Furtka była otwarta, więc wjechaliśmy na plac i spacerowaliśmy w rożnych kierunkach. Black była ciągle taka spięta. Nie mogłam jej uspokoić, wyrywała się i przyspieszała do kłusa kiedy tylko poluzowałam wodze.  Zganaszowała się przekręcała pyszczek raz w jedną, a raz w drugą stronę. Kiedy na maneż weszła Coffey pod Valentine, wyrwała się w ich stronę, ale udało mi się zrobić woltę i zatrzymać ją. Odczekałam kilka sekund i dopiero wtedy pozwoliłam jej się przywitać.

- Lepiej jedź za Charlie'm, nie wiem co jej odbije.

UFO skinęła głową i ruszyła w kierunku holsztyna. Natomiast ja ćwiczyłam zatrzymywania. dotknęłam łydkami boków klaczy, a ta natychmiast zakłusowała. Jest bardzo wyczulona na sygnały. Na początku porusząłyśmy się z prędkością światła, mijając mini zastęp. Potem udało mi się zwolnić.

- Wiecie co... Zostawcie mi ścianę, zrobię kilka okrążeń takim wyciągniętym bo nie wytrzymam z nią...

Zjechali na środek, a ja dodałam jej impuls. Momentalnie przyspieszyła, skróciłam wodze i dodawałam regularne impulsy tak by zaangażowała całe ciało.

- Wow, jak wyciąga! - Val śmiała się z Paranoi, która chciała obić rekord świata w szybkości kłusa.

Ale rzeczywiście, musiało to wyglądać interesująco. Po trzech okrążeniach zaczęła ze mną gadać, prychała i mlaskała próbując wyjaśnić mi, że jej taka jazda bardzo odpowiada. Mi średnio, ale czego się nie robi dla konia. Po zmianie kierunku i kolejnych trzech dużych kółkach przy ogrodzeniu zaczęła odpuszczać. Było to niemal nieodczuwalne rozluźnienie pyszczka, ale ja po kurczowym trzymaniu wodzy od 15 minut od razu to zauważyłam. W między czasie moi towarzysze również ruszyli kłusem w dużych odległościach od siebie, jechali po drugim aldzie ani myśląc by zbliżyć się do mnie i Black. Przyszła pora na jakieś ćwiczonka, w narożnikach wykonywałam wolty lub pół wolty. Najpierw duże, z każdą kolejną zmniejszałam promień. Tworzyłyśmy również udane rysunku serpentyn, wężyków, ustępowań czy przekątnych. Dopiero wtedy poczułam, że klacz na prawdę mi odpuszcza. Z każdą minutą stawała się coraz bardziej rozluźniona i kontaktowa. Pochwaliłam ją i postanowiłam poćwiczyć przejścia i zmiany tempa.
Moet bardzo grzecznie wykonywał polecenia swojego jeźdźca, był złożony i wyglądał na zaangażowanego. Aktywna praca zadu i nóg, dobry kontakt i koncentracja. Jak chce to potrafi.
Natomiast Coffey wyglądała przeuroczo, była absolutnie pochłonięta wykonywaniem idealnie okrągłej wolty. Val pochwaliła ją i zwolniła do stępa.

Po kilku kolejnych minutach rozprężania w stępo-kłusie zagalopowałam. Spodziewałam się wszystkiego i bardzo dobrze, bo kobyła bryknęła 2 razy i dała w długa niekontrolowanym sprintem. Jakiekolwiek próby zatrzymania jej okazały się bezskuteczne, więc odchyliłam się i czekałam aż skończy.
Pomyślałam, że tereny na niej mogłyby być niezłe...
Po kilku dobrych okrążeniach zwolniła do spokojnego galopiku, ale wciąż rwała do przodu.

- Rany, ile ona ma w sobie energii! - Krzyknęłam kiedy miałam wszystko pod kontrolą.
- Będzie trzeba na nią codziennie wsiadać i męczyć jeśli będziesz chciała cokolwiek z nią zrobić.
- No właśnie. Ile wytrzymamy? Tydzień? Hej, a może zrobimy z niej wyścigówkę? Ma predyspozycje!

Uśmiechnęłam się i zrobiłyśmy przekątną z lotną zmianą nogi. Pochwaliłam ją i galopowałam dalej. Na maneżu pojawili się Dylan i Harry, których zadaniem było ustawianie przeszkód.

- Czeka cię poważna rozmowa. - oświadczyłam drugiemu trenerowi.
- Cokolwiek masz na myśli to nie ja... - Uśmiechnął się i marszem skierował się do wielkiej stacjonaty.

Rozgrzeweczką będą cavaletti. Kiedy wszystkie drążki były płasko Coffey najechała na nie kłusem, otrzymawszy mocny impuls tuż przed, ładnie podnosiła nóżki. Moet przejechał je równie ładnie, natomiast Black zrobiła to jakoś oryginalnie. Sama nie wiem co wykombinowała, ale przy drugim najeździe było już normalnie. Pochwaliłam ją i zatrzymałam. Cofnęłyśmy się kilka kroków, znowu zatrzymanie i kłus.

Po kilku zmianach wysokości drążków został nam ustawiony parkur z przeszkodami do 100 cm. Coffey najechała galopem na niewielkiego krzyżaczka przy czym prawie zasypiała. Val lubiła szybkie tempo więc spięła klacz i wyciągnęła ładną prędkość po czym ponownie pokonała przeszkodę i pochwaliła Fey. Następny w kolejce był Monet, który spokojnym, ale nie pełznącym tempem natarł na krzyżaka i przeskoczył go bardzo, bardzo ładnie. Mój dzieciak. No dobra, przyszedł czas na mój skok. Mając już wszystko w nosie zagalopowałam i najechałam na przeszkodę, Paranoja włączyła tryb turbo. Rozpędzała się, a ja za chiny nie mogłam jej zwolnić. Ostatecznie się wkurzyłam, zrobiłam woltę, po której znowu leciała na złamanie karku. Kolejna wolta, ciaśniejsza i to samo...

- Musze ją zmęczyć. Ona się dopiero ledwo spociła...
- Po oczach widzę, że coś kombinujesz...
- Jadę z nią na łąkę. McDonald, otwórz mi bramkę z łaski swojej....

Zwolniłam do stępa i skróciłam sobie strzemiona, sprawdziłam czy mam dobrze zapięty kask i wyjechałam na placu. Czujna Paranoja szła żwawym krokiem rozglądając się na wszystkie strony świata. Wybrałam naszą podstawową ścieżkę, która najszybciej doprowadzi mnie do doliny dobrej na wybieganie się.

Dotarłam tam po 10 minutach i dodałam mocą łydkę luzując wodze. Black bryknęła po czym ruszyła z kopyta nie wierząc we własne szczęście. Ponaglałam ja okrzykami wojennymi dzięki czemu przyspieszała coraz bardziej. Muszę przyznać, że jest bardzo, ale to bardzo szybka. Do tego wytrzymała, byłam pewna, że odpuści już w połowie wielkiej łąki, ale ta zaczęła zwalniać dopiero na końcówce. Wykonałyśmy łagodny zakręt wolnym galopem, poklepałam ją po szyi i po kilkunastu sekundach przeszłam do kłusa. W tym chodzie wróciłyśmy do stajni tą samą drogą. Harry wpuścił nas na plac, gdzie zwolniłam do stępa i obserwowałam poczynania reszty rumaków.

Coffey wyglądała znacznie lepiej niż na początku jazdy, nie była już taka senna. Rozluźniła się, ale jednoczenie była taka... nie wiem jak to nazwać. Poruszała się bardzo rytmicznie, w złożeniu. Najechała na sporą stacjonatę i pokonała ją w dobrym stylu, wyzwaniem okazał się 115 cm okser. Wybiła się z impetem po czym przeleciała ponad drągami i wylądowała. Val pochwaliła ją i zwolniła. Wtedy zagalopował Monet i skierował się na krzyżaka. Charlie wybrał inną kolejność, Moet skacze niżej, więc najeżdżali na łatwiejsze przeszkody. Radził sobie bardzo dobrze, chociaż jego wybicia wstrzymywały mój oddech. Niemal za każdym razem miałam wrażenie, że wjedzie w przeszkodę, albo zrobi coś z tylnymi nogami... Jednak nie, nie zwalił drągów i ani razu nie wyłamał.

- I co? - Val podjechała do mnie.
- No nic. Wybiegała się jest znacznie bardziej do opanowania. Dzisiaj nie wyszło, ale jakoś na dwie godziny przed każdym treningiem będę musiała z nią latać na łąkę...
- Ale żyjesz. To optymistyczne.
- Prawda? - Uśmiechnęłam się.

W sumie powinnam skoczyć cokolwiek, żeby wiedziała, że nie musi zasuwać na przeszkodę jak głupia, ale da się też skoczyć ze spokojnego galopu. Zaskoczyła mnie bo gdy zagalopowałam i najeżdżałam na przeszkodę zaczęła przyspieszać, ale po małej woltce w końcu zatrzymała się na takim tempie o jakie mi chodziło. Skoczyła na spokojnie z przyjemnością, a ja z wielkim uśmiechem mogłam poklepać ją po szyi.

Rozchodziliśmy rumaki, a po 15 minutach odprowadziliśmy je do stajni/.