- siodło ujeżdżeniowe
- siodło wszechstronne
- ogłowie munsztukowe
- ogłowie zwykłe
- podkładka pod siodło
- czaprak full (biały)
- czaprak full + owijki (brązowe)
- czaprak full (w koty)
- owijki (czarne)
- derka polarowa (w paski)
- kantar z futerkiem (niebieski)
- kantar + uwiąz (czerwone)
- kantar taśmowy (zielony)
wtorek, 1 lipca 2014
środa, 7 maja 2014
Archiwum nowości
2013 rok:
22 sierpnia
17 sierpnia
8 sierpnia
- lada dzień powitamy nową klacz, Morganę pełnej krwi angielskiej. :)
- mamy w planach loterię, w której do wygrania będą konie i psy.
- szykuje się teren dla stajni zaprzyjaźnionych z RR. ;)
22 sierpnia
- przepraszam, dopiero dziś zaczęłam pisać ten teren... :( Także to się trochę opóźni, ale z loterią będę na czas.
17 sierpnia
- loteria rozpocznie się 26 sierpnia, a jej koniec przewidziany jest na 31 dnia tego miesiąca. Do wylosowania jest 13 koni, 4 psy i pewien mały zwierzak ;)
- teren zacznę pisać w poniedziałek, więc pojawi się mniej więcej w połowie przyszłego tygodnia. :)
8 sierpnia
- lada dzień powitamy nową klacz, Morganę pełnej krwi angielskiej. :)
- mamy w planach loterię, w której do wygrania będą konie i psy.
- szykuje się teren dla stajni zaprzyjaźnionych z RR. ;)
wtorek, 1 kwietnia 2014
Misja cz. VIII
Chłopak
utworzył w dłoniach kulę ognia, którą rzucił w faceta,
próbującego otworzyć drzwi. To na chwilę zajęło
napastnika, więc mutant złapał mnie za rękę i pociągnął na
tył samochodu. Otworzyliśmy zasuwę i wybiegliśmy tak szybko, jak
tylko się dało. Inni, stojący gdzieś wśród drzew,
próbowali nas zastrzelić. Kule trafiały w blachę i w
ziemie, ale jakimś cudem nie w nas.
- Musimy
uciekać do lasu, oni idą od wschodu – wysapał Neal, ciągle
ściskając moją rękę, jakby bał się, żeby mnie nie zgubić.
Zbyt
przestraszona by wydusić z siebie jakieś słowa, skinęłam głową
i na sygnał ruszyliśmy przed siebie. Strzelcy zauważyli nas w
mgnieniu oka.
Już
prawie dotarliśmy do skraju lasu, już prawie wbiegliśmy między
drzewa, gdzie bylibyśmy trudniejszym celem....
Neal
głośno zaklął i padł na ziemie, łapiąc się za nogę.
Zauważyłam, że na jego nogawce pojawia się czerwona, rosnąca
plama.
- Uciekaj,
do jasnej cholery! - warknął z całych sił, gdy zauważył, że
stoję nad nim, nie wiedząc co robić.
Ale
nie mogłam uciec. Po pierwsze nie zostawiłabym go. Po drugie byłam
zbyt przerażona by poruszyć się choćby o krok. Słyszałam jak
nadchodzą, ale nawet to mnie nie otrzeźwiło.
Wkrótce
nas okrążyli i szanse na ratunek spadły poniżej zera.
*
Straciłam
przytomność po celnym ciosie w głowę. Obudziłam się jakiś czas
później w ciemnym i zimnym pomieszczeniu. Nie dostrzegałam
nic, a nic, zupełnie jakbym przebywała w próżni. Leżałam
na wilgotnym betonie, próbowałam się podnieść, ale ból
powyżej karku był nie do zniesienia. Zdawało mi się, że
przymknęłam oczy tylko na chwilę, ale kiedy otworzyłam je
ponownie w pomieszczeniu paliła się już duża lampa pod sufitem, a
w równoległym rogu siedział Neal, uciskając ranę w łydce.
To
mi wyglądało na piwnicę, nie było okien, a jedynie proste,
drewniane drzwi. Kiedy podniosłam się do siadu, zwróciłam
na siebie uwagę chłopaka.
- Co
się dzieje? - zapytałam lekko zachrypniętym głosem.
- Wywieźli
nas gdzieś. Korotczenko nie jest zadowolony.
Wolałam
nie myśleć co oznaczał dla nas zły humor Andrija. Udało mi się
wstać, a potem chwiejnie podejść do drzwi. Tak jak się
spodziewałam były zamknięte i nie było w nich żadnych szpar, by
dojrzeć co dzieje się po drugiej stronie. Nawet małej dziurki od
klucza... Tam musiała być solidna zasuwa, nie wyważymy tego za
Chiny...
- Co
się robi w takich sytuacjach?
Popatrzył
na mnie z beznadziejną miną zbitego psa.
- Nic
nie można zrobić.
Nie
miałam pojęcia, która jest godzina. Nie było okien,
zegarka... Naturalnie zabrano nam komórki. Minęło mnóstwo
czasu.
Usłyszeliśmy
ciężkie kroki kilku osób, a potem wrota otwarto na szerz.
Zobaczyliśmy Korotczenka z czterema ochroniarzami, oczywiście
uzbrojonymi po zęby.
Lider
powiedział coś po rosyjsku. Niespokojnie zerknęłam na Neala, a
jego wściekłość wymalowana na twarzy, zapewniła mnie, że słowa
nie są przywitaniem ani pytaniem o pogodę.
Facet
uśmiechnął się pod nosem i skinął na swoich zbirów.
Trzech złapało chłopaka, jeden podszedł do mnie. Wyprowadzili nas
z – jak się okazało – jednego z pomieszczeń w schronie w
środku lasu. Przeszliśmy jakiś kilometr, co dla kogoś
postrzelonego w nogę musiało być niesamowicie bolesnym doznaniem.
Zamierzali
nas zastrzelić, tyle zrozumiałam.
Kazali
nam się ustawić pod drzewami, przeładowali broń i wycelowali.
Korotczenko stał między nimi, z rękoma złożonymi za plecami i
uśmiechał się do siebie. Potem powiedział coś w naszym kierunku,
ale nie dokończył zdania. Jak drzewo padł na ziemie, a w plecach
tkwiła mu strzała. Strzelcy popatrzyli na niego z zaskoczeniem,
potem wymienili spojrzenia między sobą i zbadali teren za sobą,
ale nikogo tam nie było. Po chwili sami poczuli coś dziwnego.
Dusili się. Łapali się za szyję, próbowali łapać oddech,
walczyli... ale na nic. Z lasu wyszła Heilari ze skierowanymi na
nich dłońmi. Wkrótce zakończyła ich żywota. Zaraz za nią
pojawiła się Inaya, pamiętałam ją z misji w Kalifornii.
- Co
z tobą? - zapytała H, podchodząc do Neala.
- Postrzelili
mnie w nogę. Nie ma rany wylotowej – odparł ciężko. Jego stan
zaczynał się robić poważny.
- Muszę
wyjąć kulę.
Wolałam
na to nie patrzeć. Inaya została i obserwowała, a widok krwi i
zwijającego się z bólu mutanta nie robił na niej
najmniejszego wrażenia. Po kilku długich minutach H wygrzebała
niewielki pocisk i odrzuciła go za siebie. Uniosła rękę nad ranę
i skupiła się, by uleczyć nogę. Widziałam to już kiedyś, teraz
patrzyłam w szarzejące niebo. Trochę krzyczał, ale hamował się,
bo wstyd przy trzech babach.
Wkrótce
potem pomogłyśmy mu wstać.
- Myśliwiec
zostawiłam kilometr stąd – powiedziała Ina, idąc na czele.
Dotarliśmy
tam dość szybko. Maszyna była niewidoczna dzięki systemowi
maskującemu. Zobaczyliśmy ją dopiero, gdy mutantka nacisnęła
odpowiedni przycisk na pilocie. Szybko zapakowaliśmy się do środka
i wznieśliśmy w powietrze.
- Korotczenko...
Nie zdążyliście na niego wpłynąć? - zapytała Heilari po
kilkunastu minutach grobowej ciszy.
Pokręciłam
głową.
Dolecieliśmy
na małe lotnisko kilkanaście kilometrów dalej. Samochodem
dostaliśmy się do centrum miasta, którego nazwy nie znałam,
ale było naprawdę duże. H zakwaterowała nas w hotelu. Pokoje były
prześliczne, ale nie miałam okazji się im bliżej przyjrzeć...
Wzięłam błyskawiczny prysznic, a później wskoczyłam do
łóżka i zasnęłam.
*
Poczułam
silne szturchanie w ramię i z trudem podniosłam powieki, by
zorientować się, co się dzieje. Zobaczyłam Heilari z bardzo
poważną miną.
- Wyjeżdżasz
– powiedziała głosem wypranym z emocji.
- Co...?
Dlaczego...? - wymamrotałam na pół przytomna.
- Za
trzy godziny masz lot na Hawaje. Możesz tam być ile chcesz, opłacę
wszystko. Potem wrócisz do domu i zapomnisz o całej sprawie.
Była
trochę dziwna. Podniosłam się na łokciu i popatrzyłam na nią
pytająco.
- Dlaczego?
- zapytałam w dużo bardziej stanowczy sposób.
-
Bo ja tak mówię. Za kwadrans masz być na dole, zawiozę cię
na lotnisko.
- Heilari,
zrobiłam coś złego? To nie nasza wina, że miał nadajnik!
- Mogliście
go przeszukać, ale nieważne, nie chodzi o to. Kwadrans.
Wyszła
z pokoju, pozostawiając mnie w samotności. Nie miałam pojęcia o
co jej chodzi, ale jeśli nie spełniłabym jej grzecznej prośby
miałabym problemy. Pojawiłam się pod hotelem z minimalnym
spóźnieniem, ale ona i tak była rozzłoszczona. Taksówka
już czekała, więc niemal natychmiast ruszyłyśmy.
- Powiedź
mi co się dzieje, bo zaczynam się bać – podjęłam kolejną
próbę.
- Już
nie potrzebuję twojej pomocy. Ogarnij się na wakacjach i wracaj do
domu.
Wbiła
wzrok w okno i nie odpowiadała na żadne moje kolejne pytanie.
Dojechałyśmy
na lotnisko. Wysiadła ze mną, ale kazała kierowcy zaczekać.
Pomogła mi z bagażami i zaraz po tym, jak weszłyśmy do wielkiego
gmachu, zamierzała mnie zostawić. Wcisnęła mi w rękę dokumenty
i kopertę z pieniędzmi.
- Powodzenia
– powiedziała oschle i odwróciła się na pięcie, by
odejść.
- Zaczekaj!
- pociągnęłam ją za ramię. - Powiedz mi co się dzieje! -
warknęłam, zwracając na siebie uwagę sporej grupy ludzi. -
Zacznę krzyczeć – zagroziłam dodatkowo, wiedząc, że Heilari
nie bardzo lubi zwracać na siebie uwagę zwykłych ludzi.
Jej
mina doskonale zdradzała złość, jaka w niej wezbrała.
Odciągnęła
mnie na bok.
- Nie
musisz wiedzieć o wszystkim!
- Ciągle
mogę krzyczeć.
Popatrzyła
na mnie tym swoim wzrokiem z serii: „oh, jak bardzo chciałabym cię
teraz udusić...”.
- Pocałowałaś
go – wydusiła w końcu.
- Właściwie
to Neal pocałował mnie. Ale to chyba nasza sprawa, prawda? Nawet
jeśli to twój syn – odparłam, dowiedziawszy się jaki
jest powód mojej nagłej wycieczki.
- Nie
wolno wam, nie i koniec. Wyjeżdżasz, zapomnisz i już nigdy się
nie spotkacie.
Spojrzałam
na nią z niedowierzaniem, a potem zacisnęłam dłonie w pięści,
rzuciłam w nię paszportem i idąc do wyjścia powiedziałam:
- Nie
zapomnę i nie wyjadę. Nie będę robić wszystkiego, czego tylko
sobie zażyczysz. Wracam do hotelu i będziemy się całować do
wieczora!
Wydawało
mi się, że odpuściła, ale zrobiła coś zupełnie odwrotnego. Coś
co całkowicie wybiło mnie z równowagi.
- Nie
wolno wam, bo to twój brat! - przekrzyczała tłum.
Zatrzymała
się w pół kroku, starając się zrozumieć. „Może jednak
się przesłyszałam...”. Wolno odwróciłam się w jej
stronę, przy okazji napotykając zaciekawione spojrzenia
przechodniów.
„Co...?”
- wyszeptałam bezgłośnie.
Podeszła
do mnie z zatroskanym wyrazem twarzy. Nie uciekała wzrokiem, ale
miałam wrażenie, że najchętniej uciekłaby gdzieś daleko stąd i
to nie tylko wzrokiem, ale i całą sobą.
- Neal
to twój przyrodni brat. Logan nie wie i wolałabym żeby tak zostało.
Misja cz. I
To moja radosna twórczość, ani zdania o koniach, stanowczo odradzam czytanie. Musiałam opublikowac dla własnej satysfakcji i uciechy, ale serio - idźcie dalej.
Odłożyłam
telefon i mimowolnie się uśmiechnęłam,co zwróciło uwagę
Ray'a. Siedział przy kuchennym stole i wypełniał papierki związane
z prowadzeniem stajni.
- Co
się tak szczerzysz, hmm? - zapytał zaczepnie.
- A
bo widzisz... - usiadłam naprzeciwko niego – jadę na misję –
powiedziałam nie kryjąc satysfakcji z jego miny.
- Ty?
To nowość.
- Heilari
dzwoniła.
Skrzywił
się. Nie przepadał za moją znajomą, ale nigdy się tym nie
przejmowałam.
- Potrzebuje
kogoś do akcji w Sacramento, a że mieszkam w sumie niedaleko...
- Pewna
jesteś, Li?
- No
jasne! Ciebie nie można się doprosić żebyś szepnął słówko
Coulsonowi.
- Czy
ta misja... jest legalna? Kto ją zleca? Ta baba wyprawia się ot
tak sobie czy ma nad sobą SO?
- SO
wszystko koordynuje nie bój nic.
Głośno
westchnął i odłożył długopis, po czym przeciągnął się na
krześle.
- Quick
przyjedzie po mnie za godzinę – powiedziałam i zamierzałam
wyjść zanim przetrawi dane, ale nie bardzo mi to wyszło.
- Quciksilver?
W misji SO? Hej, wracaj i się tłumacz, księżniczko.
- O
Jezu no... Misję nadzoruje SO, ale nie wszyscy uczestnicy są ich
agentami. Heili musiała zbierać po znajomych.
- Okej,
nie chce wiedzieć nic więcej... Jak moje szefostwo zapyta, lepiej
żebym nie wiedział. - Uśmiechnął się zadziornie.
Podeszłam
i pocałowałam go, a potem pobiegłam do pokoju by się ogarnąć.
Wzięłam prysznic, założyłam odpowiednie ciuchy i na koniec
odsunęłam na jedną stronę bluzy na wieszakach w szafie, by
uzyskać dogodny dostęp do sejfu. Wpisałam kod i wyjęłam glocka
17, zapasowy telefon i fałszywy dowód.
Chwilę
przed pojawieniem się Pietra do pokoju wszedł Rayan, streszczając
mi kilka zasad bezpieczeństwa i całując w sposób, przez
jaki już prawie postanowiłam zostać w domu. Trąbienie mnie
otrzeźwiło. Cmoknęłam Starka w policzek i zwiałam.
Granatowy
nissan stał na podwórku z zapalonymi światłami i silnikiem
na chodzie. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał piętnastą
trzynaście i wsiadłam do auta.
Pietro
zerknął na mnie z uśmiechem i ruszył pojazd z miejsca.
- To...
co tam słychać? - zapytałam, przeszukując schowek.
- Nic
specjalnego. Tata planuje zagładę ludzkości, czasem mu pomagam,
trochę się kłócimy. Wiesz jak jest... - Wyjechał z terenu
stajni i włączył się do ruchu.
- Tia...
Wiesz coś o tej misji?
Znalazłam
batonika z orzechami, więc pozwoliłam go sobie otworzyć i zjeść.
- Smacznego,
leży tu jakieś dwa lata.
Natychmiast
wyrzuciłam baton za okno, a wtedy wybuchnął śmiechem.
- Zamknij
się – warknęłam. - Mów co wiesz.
- Złość
piękności szkodzi. Heilari mówiła, że misja może zająć
chwilę. Łącznie z nami ma czterech ludzi. Namierzyła Leightona.
- Uu,
serio? Trzeba będzie ją trzymać, żeby go nie zabiła...
- To
i tak nic nie da... - Uśmiechnął się.
- Racja...
Mamy go śledzić i schwytać?
- SO
zebrało trochę informacji. Według nich Leighton jest zamieszany w
walki mutantów.
Atmosfera
w aucie automatycznie zrobiła się chłodniejsza.
W
względnej ciszy dojechaliśmy na miejsce spotkania. McDonald w
centrum miasta był o tej porze pełen, ale z łatwością
dostrzegliśmy Heilari i towarzyszącą jej trójkę agentów.
Dwie dziewczyny i chłopaka z długimi blond włosami. Kojarzyłam te
mutantki i chyba nawet znałam ich pseudonimy.
Heilari,
jak zwykle mająca rozpuszczone włosy i soczewki zmieniające kolor
tęczówek, popatrzyła na nas z uśmiechem i skinęła głową
na pozostałych, aby zbierali się do wyjścia.
- Nie
spieszyliście się – mruknęła mijając nas i kierując się do
wyjścia z centrum.
Jedna
z dziewczyn podała nam po zestawie Happy Meal ze złośliwym
uśmiechem. Miała czarne włosy upięte w kucyk. Druga była
szatynką, wydawało mi się, że nazywa się Elizabeth. Elizabeth
West.
Qicksilver
zapatrzył się na tę pierwszą, więc przez przypadek nadepnęłam
mu na stopę, ruszając za Heili.
Dogoniłam
ją i zrównałam krok.
- Chodzi
o Leghtona?
Skinęła
głową.
- Chcesz
go zabić?
Pokręciła
głową.
- Ma
nas zaprowadzić do miejsc, gdzie trzymają mutantów do walk?
Skinęłam
głową.
- Długo
to potrwa?
- Maksymalnie
trzy dni.
Zwolniłam.
Rozdzieliśmy
się na kilka minut, by ponownie spotkać się w parku koło centrum.
Blondyn skołował koc, a Eliz przyniosła koszyk z jedzeniem.
Usiedliśmy tam, sugerując przechodniom, że grupka przyjaciół
urządza sobie piknik.
- Dzisiaj
zmieniamy zespoły, które śledzą Leightona od tygodnia.
Zmieniamy się co dwanaście godzin i jak ktoś go z puści z oka to
zabije. Według planu jutro wieczorem ma odbyć się walka gdzieś
na południu miasta. Jeff będzie w niej uczestniczył – wskazała
na blondyna – a potem zgarnie Leightona. Gdy to zrobi, wkraczamy
wszyscy i przerywamy to wszystko. Jeśli zauważycie kogoś, kto
wygląda jak szef – zgarniacie.
- Czy
ta akcja nie wystraszy organizatorów w innych miastach? Mogą
stać się ostrożniejsi i będzie trudniej ich wytropić... -
zabrała głos ta brunetka.
- Na
razie Leighton jest najważniejszy. Jeśli go złapiemy, będziemy
świętować przez miesiąc.
- W
takim razie czemu mamy tak mało ludzi i jeszcze... żółtodziobów?
Heilari
uśmiechnęła się, zapewne myśląc o tym by powykręcać jej ręce.
Nie pozwalała członkom zespołu na wzajemne obrażanie się.
- To,
że nie uczestniczyli w szkoleniu SO, nie znaczy, że nic nie
umieją. Rus, ty w sumie chyba byłaś u nas przez jakiś czas?... -
zapytała, ale widząc moje spojrzenie w stylu „nawet mi się
przypominaj, wylali mnie po dwóch dniach” - odpuściła. -
Pierwszą wartę bierze Liz i Ina.
Inaya,
wiedziałam, że ją kojarzyłam. Kobieta podała im adres gdzie
miały zmienić agentów, a nas zaprowadziła do hoteliku,
gdzie mieliśmy namiastkę bazy. Budynek miał dwa piętra, z czego
najwyższe wynajęło dla nas SO. Mieliśmy do dyspozycji cztery
jednoosobowe i dwa dwuosobowe pokoje. Było po dziewiętnastej, gdy
pomogliśmy Heili rozłożyć sprzęt, a Jeff przyniósł z
dołu kolację.
- Gospodyni
jest trochę wścibska... - stwierdził, stawiając tacę z
kanapkami na stoliku.
- Nie
dziwię się jej - odparłam.
- Sprawdźcie
co u dziewczyn – przerwała nam Heilari, rzucając swój
telefon do blondyna.
Wykręcił
numer i odczekał chwilę.
- Cześć,
szefowa pyta czy wszystko ok... Mhm. Tak, tak. No dobra. To nie
fair! No dobra. Może trochę... Dobra. Jutro o ósmej. Cześć.
Odłożył
komórkę.
- Wszystko
gra, mają lepszą kolację niż my i świetnie się bawią.
- Super.
Znajdziecie sobie zajęcie, czy mam wam dać robotę? - zapytała
retorycznie, a my szybko wycofaliśmy się na korytarz. Jeff zniknął
za swoimi drzwiami, a Quick wyprzedził mnie w drodze do moich.
Oparł się o framugę i puścił oczko, przez co parsknęłam
śmiechem.
- Idź
sobie. - Starałam się zabrzmieć groźnie, ale najwidoczniej
podziałało to jak dodatkowe zaproszenie bo wszedł za mną do
środka.
- Daj
spokój, ostatni raz gadaliśmy nie wiem kiedy i musiałem być
grzeczny, bo twój chłopak był w pobliżu i nie spuszczał z
ciebie oka. Miał zresztą powody...
No
miał, miał.
- Nie
zamierzam go zdradzić – powiedziałam raczej stanowczo.
Quick
powoli przysunął się i złapał mnie za dłoń.
- To
chyba nie liczy się jako zdrada, jestem na misji, pod przykrywką,
jestem jak ktoś zupełnie inny... - zaczynałam gadać bez sensu
przez coraz szybciej bijące serce i to dziwne uczucie w brzuchu,
przez które nie mogłam myśleć racjonalnie.
Łagodnie
przyciągnął mnie do siebie i delikatnie musnął ustami mój
policzek.
- Nie
liczy się – wyszeptał.
Przeszły
przeze mnie ciarki, które określiłabym jako pozytywne. Akcja
pewnie rozwijała by się całkiem sprawnie, ale drzwi otworzyły się
z impetem, a do środka wpadła Heilari z uśmiechem pełnym
satysfakcji.
- Wiedziałam
– stwierdziła dumnie. - Zostawić was bez opieki...
- To
raczej nie twoja sprawa co robimy w wolnym czasie, hmm? - Pietro
obdarzył ją niechętnym spojrzeniem.
- Nie
do końca... Widzisz... Dbam o was. Bardzo. Nie pozwolę wam
zniszczyć sobie życia. Ruska, wiem, że myślenie ci się wyłącza
gdy go widzisz, ale w domu czeka na ciebie mąż i trzymaj się tej
myśli. A ty, Quicksilver, myśl raczej mózgiem, a nie... tym
drugim. Wynocha.
Zdążył
mnie jeszcze cmoknąć w czoło, nim Heilari złapała go za ramie i
wywaliła na korytarz.
- Wiem,
że coś jest między wami, nie da się nie widzieć, ale przemyśl
wszystko, zanim coś zrobisz.
Niemrawo
skinęłam głową.
- Jutro
o siódmej masz być gotowa na dole, więc idź spać. I nie
mów ojcu, że wzięłam cię na misję, bo szlag go trafi.
Nie żebym nie wpadała w świetny humor widząc tę pulsującą ze
wściekłości żyłkę na czole, ale wiesz. Mamy za sobą kawał
pięknej historii o przyjaźni i nie chcę tego psuć.
- Jasne.
Mnie też by się oberwało. Dobranoc.
Odpowiedziała
mi tym samym i wyszła. W pokojach były łazienki więc ogarnęłam
się, przebrałam w piżamę kupioną po drodze do hotelu i położyłam
się spać. Strasznie długo nie mogłam zasnąć przez chłód
panujący w pokoju. Próbowałam majstrować przy kaloryferach,
ale i tak były zimne.
Grałam
w pasjansa na telefonie, żeby nie myśleć o chłodzie, ale średnio
działało. Minęła godzina, potem dwie.
Usłyszałam
ciche pukanie do drzwi, ale wydostanie się spod kołdry było
ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę. Wydałam słowne
pozwolenie na wejście i w nikłym świetle małej lampki na komary
dostrzegłam Quicksilvera.
Podszedł
i przykrył mnie dodatkowym, bardzo grubym kocem.
- O
rany, dzięki ci, wybawco.
Skomentował
to przyjaznym uśmiechem, a potem jak gdyby nigdy nic władował mi
się do łóżka, szczelnie przykrywając nas oboje.
Potrzebowałam chwili na aktualizację danych.
- Em...
Co robisz? - zapytałam po kilku sekundach, bo Quick nie spieszył
się z wyjaśnieniami.
- Zdobyłem
tylko jeden koc. U mnie też zimno jak cholera, więc wybierz
stronę, przytul się i śpij.
Uśmiechnęłam
się chociaż nie zamierzałam. Z nastroju wyrwał mnie dźwięk
przychodzącej wiadomości, więc sprawdziłam telefon.
- „Kolorowych
snów” od Raya... Boże, czy on ma tu kamery?...
- A
niech ma i mi zazdrości – szepnął Quick.
Szybko
odpisałam Starkowi i stwierdziłam, że zrobiło mi się dużo
cieplej. Właściwie było mi gorąco, a wręcz upalnie. To raczej
nie z powodu koca.
- Heilari
ma racje – powiedziałam cichutko.
- Trochę
pewnie ma. Ale w porządku. Mogę poczekać.
- Poczekać
na co?
- Kiedyś
w końcu z nim zerwiesz – odparł pewnie.
- Tak
sądzisz? - Uniosłam brew.
- Jasne.
W końcu ile można opierać się mojemu urokowi osobistemu i
wspaniałemu charakterowi...
Zasnęłam
błyskawicznie, a gdy zadzwonił budzik nie miałam najmniejszej
ochoty by wstać. Wtulona w Quicksilvera leżałam tam, ignorując
wkurzające pikanie, aż w końcu oboje stwierdziliśmy, że szkoda
rzucać urządzeniem o ścianę i lepiej wyłączyć go w
cywilizowany sposób.
- Ja
mogę zostać, prawda? - mruknął nieprzytomnie.
- Tia,
wygląda na to, że tak.
Zwlekłam
się z łóżka i poszłam do łazienki gdzie doprowadziłam
się do porządku. Kwadrans później byłam już na dole.
Heilari wcinała jajecznicę, więc dosiadłam się do jej stolika, a
mila gospodyni od razu podsunęła mi pod nos pełny talerz.
Westchnęłam
grzebiąc widelcem z śniadaniu. Nie wywołało to pożądanej
reakcji, więc westchnęłam głośniej.
- Co?
- Heilari wbiła we mnie niecierpliwe spojrzenie.
- Skoro
już pytasz... Spałam z nim.
- Co?!
- powtórzyła głośniej i dobitniej.
- Nie
w tym sensie! - podniosłam dłonie, bojąc się, że zaraz się na
mnie rzuci. - Przyszedł i spał, i ja spałam i spaliśmy razem.
Bez dodatkowych... atrakcji...
- I
co z tego? To i tak źle!
- Było
zimno!
Prychnęła
z oburzeniem.
- Nie
próbuj się tłumaczyć mnie. To nie ja jestem z tobą w
związku małżeńskim.
- Całe
szczęście – mruknęłam, a ona wymierzyła we mnie widelec, ale
szybko odpuściła i zatkała sobie usta kawałkami boczku z
jajecznicy.
Pół
godziny później zmieniłyśmy dziewczyny w samochodzie
stojącym pod czterogwiazdkowym hotelem, w którym zatrzymał
się Leighton. Na razie nic się nie działo. Facet najwyraźniej
miał zamiar spać do późna, a nasz kontakt wewnątrz hotelu
upewnił nas, że nie wychodził z pokoju.
- Okey
– powiedziała nagle Heilari. - To jak to jest, co? Dlaczego nie
możesz usiedzieć w domu i dajesz się ponosić?
- Nie
wiem, tak już mam, dobrze? Po prostu... I to nie jest tak, że
obściskuję się z pierwszym napotkanym kolesiem, kiedy nie patrzy
Ray. Potrafię się hamować. Ale ten konkretny koleś to inna
sprawa. Znamy się od dawna i zawsze było coś takiego, ale
jakoś... To trudne – odparłam z wyrzutem.
- Nie
bądź dzieciakiem.
Przez
chwilę w ciszy obserwowałyśmy ulicę.
- Chyba
trochę rozumiem – dodała. - Kochasz jednego, a w drugim się
podkochujesz. Nie jestem od tego by dawać ci matczyne rady... -
przerwała nagle. - A chrzanić to, od tego jestem, uczę ludzi jak
walczyć i jak żyć. Wiem, że wiesz, którego chcesz wybrać,
ale mimo wszystko cię ciągnie na manowce. I okej, zdarza się, ale
młoda, to nie fair. Nie znajdziesz drugiego takiego jak twój
aktualny. Nie lubię go jak diabła, ale moje zdanie na jego temat
się nie liczy.
Uśmiechnęłam
się trochę zaskoczona jej przemową. Nie sądziłam, że aż tak
obchodzą ją moje sercowe rozterki.
- Dzięki.
Jesteś jak rodzina, cenię sobie twoje rady. I wiem, że powinnam
pilnować tego co mam teraz, ale to jest zbyt stabilne, a wiesz, że
ja muszę ciągle coś zmieniać, muszę czuć adrenalinę...
- Wiem.
Ale jeśli powiesz mu to samo to jestem pewna, że zacznie starać
się byś czuła się lepiej. Spodziewaj się improwizowanego przez
grupę aktorką napadu czy coś.
Przez
cały dzień siedziałyśmy w samochodzie, ale Leighton nie opuścił
budynku. Dopiero o siedemnastej wyszedł, a nasze wsparcie czekało
już przecznicę dalej. Mężczyzna około czterdziestki, krótkie
jasne włosy, ubrany w szary garnitur i białą koszulę. Heilari
zacisnęła dłonie na kierownicy, wodząc za nim wzrokiem.
- Nienawidzę
typa.
Cały
zespół śledził go przez dwadzieścia minut. Leighton nie
zauważył nas i zaprowadził na miejsce walk. Stara kamienica
wyglądała dość ładnie, bo odrestaurowano ją w ciągu kilku
ostatnich lat. Obiekt wszedł do drugiej klatki.
Quciksilver
natychmiast pojawił się przy drzwiach, powstrzymując je od
zamknięcia się. Ina złapała je, a Qucik pobiegł za Leightonem.
Po
cichu wślizgnęliśmy się dalej, a konkretniej – do piwnicy. Już
od schodów słyszeliśmy niepokojące krzyki i pijackie śpiewy
oraz wiwaty.
Jeff
poszedł przodem, jako uczestnik walk. Kilka pomniejszych piwniczek
przerobiono na jedną dużą salę o obskurnych ścianach i kolumnach
w nieregularnych odstępach. Śmierdziało tu starością i tanim
piwem.
Na
środku zbudowano wielką klatkę w kształcie sześcianu, gdzie
walczyli ze sobą mutanci. Kibicie otaczali się, przekrzykując się
i próbując wytypować zwycięzce. W końcu sali
zainstalowało podest, gdzie poustawiano fotele odgrodzone barierką.
Miejsca dla VIP'ów.
- Nie
mogę tam wejść – powiedziała Heilari przy drzwiach. - Leighton
mnie rozpozna. Rozdzielcie się i otoczcie go. Kiedy Jeff wygra, bo
ma wygrać, odbierze od organizatorów nagrodę. Przy
odrobinie szczęścia ich odciski są w bazie danych.
Skinęliśmy
głowami i ruszyliśmy w tłum. Prawie nie dało się wytrzymać tego
smrodu, a przedzieranie się przez tych wszystkich pijanych ludzi
było jak walka ze sztormem. Nie chciałam nawet zerkać na to, co
dzieje się wewnątrz klatki.
Stanęłam
przy prowizorycznym barze. Gość nalewał ludziom piwo z wielkiej
beczki do plastikowych kubeczków, a jeśli klienci stanowczo
prosili – podawał im spod lady mocniejsze trunki i trudne do
zidentyfikowania buteleczki, za które musieli słono płacić.
Co
jakiś czas upewniałam się, że Leighton jest z VIP'ami. Wywołali
Jeffa i jakiegoś innego chłopaka. Obydwoje byli telekinektykami.
Chociaż tamten gość miał ukryty potencjał, agent SO przez
miesiące szkolił się pod okiem najlepszych wojowników i
dość szybko rozłożył przeciwnika na łopatki.
Po
kilku walkach towarzystwo odebrało kasę z zakładów i powoli
zbierało się do wyjścia, a tymczasem poszczególni zwycięzcy
odbierali koperty z pieniędzmi i butelki jakiegoś droższego
alkoholu.
Zdałam
sobie sprawę, że nie widzę Leightona. Inaya rozglądała się tak
samo. Zauważyłam drzwi przy podeście, które wcześniej
zakrywał tłum. Musiał tamtędy uciec...
Natychmiast
pognałam w tamtym kierunku i otworzyłam ciężkie wrota. To był
jakiś korytarz. Długi, ciemny i wilgotny. Za mną przybiegła
Heilari i krzyknęła, że mam się pospieszyć. Chcąc nie chcąc
ruszyłam przed siebie, dotykając ścian, by wiedzieć gdzie
prowadzi przejście. Było kilka zakrętów, a potem korytarz
nagle się skończył.
- Klapa.
- Heilari zaparła się rękoma i uniosła okrągłe wieko, po czym
przesunęła je na bok.
Szybko
wylazłyśmy na mokry chodnik.
- Jest
tam! - krzyknęłam, a ja spojrzałam na ulicę, gdzie prowadził
zaułek, w którym się znalazłyśmy.
Leighton
zaczął biec, a my za nim, jednak Heilari już z daleka mogła
zatrzymać pracę jego serca, połamać gości jednym gestem dłoni,
albo spowodować pęknięcie wyrostka.
Gość
padł na ziemie, błądząc dłońmi po klatce piersiowej. Spokojnie
zbliżyłyśmy się do niego, ciesząc się, że na ulicach nie było
ani jednej żywej duszy.
- Mam
cię – powiedziała.
Przewróciła
go na plecy i wyciągnęła z kieszeni kajdanki, po czym skula
uciekiniera.
- Długo
cię szukałam, Charles. Ale wreszcie będziesz mógł
zapłacić za wszystko co zrobiłeś. A ja przesłucham cię
osobiście.
- Będziesz
musiała się wstrzymać – powiedział ktoś za nami, więc
automatycznie odwróciłyśmy się by go dojrzeć.
Gość
z ciemną brodą mierzył do nas z jakiegoś karabinu i bez chwili
zawahania wystrzelił serię w kierunku Heilari, która nie
zdążyła w porę schować się za ścianę budynku. Quciksilver
pojawił się znikąd i błyskawicznie ściągnął mnie z linii
ognia.
- Muszę
zadzwonić do Raya... - szybko wyjęłam komórkę, wzrokiem
próbując odszukać Heili. Leżała niedaleko Leightona i
powoli się regenerowała. Tymczasem brodacz pociągnął
obezwładnionego wcześniej mężczyznę do pozycji stojącej i coś
do niego mówił.
- Po
co?
- Wiem
kto to jest. Pracował dla Tarczy, ale okazało się, że tak
naprawdę zawsze był z Hydry.
Durne
pikanie w oczekiwaniu na połączenie trwało wieczność, ale w
końcu odebrał Rayan.
- Stęskniłaś
się?
- Bardzo,
ale słuchaj, ten wasz agent Ward jest tutaj. Zestrzelił Heilari i
właśnie kradnie nasz cel.
Podałam
mu dokładny adres, miał poinformować zespół.
Na
ulicy zaparkowała czarna furgonetka, ktoś otworzył drzwi od
wewnątrz i wciągnęli do środka Leightona.
- Musisz
za nimi biec – powiedziałam do Quicka. - Co zresztą?
- Jeff
skończył swoją część i wrócił do bazy, a te dwie zaraz
powinny dotrzeć.
- Dobra,
leć!
Samochód
ruszył z piskiem opon.
Podbiegłam
do Heilari, która leżała w ogromnej kałuży krwi, ale jej
tkanki dość szybko się regenerowały. Wkrótce kilka kul
wypadło na chodnik, a po ranach nie został najdrobniejszy ślad.
- Hydra
chce Leightona, dlaczego? - zapytałam rzeczowo, pomagając jej
wstać.
- Wszyscy
chcą Leightona – wysapała, zbierając się do kupy. Wzięła
kilka wdechów i już była jak nowa.
- Zadzwoniłam
po Tarczę...
Popatrzyła
na mnie z chęcią mordu, ale powstrzymała się, wiedząc
nadbiegające agentki. Humor poprawił się jej, kiedy dowiedziała
się, że Quicksilver jest na tropie.
Zaczekałyśmy
na myśliwiec zespołu Coulsona. Szef, Ray i dwoje innych agentów
zabrało nas na pokład by wspólnie dorwać Warda.
- Nie
mówiłaś o kogo chodzi – zagaił Stark, gdy obserwowaliśmy
kłócącą się szóstkę.
- Sama
nie wiedziałam. No... ale gdybym jednak wiedziała to i tak bym ci
nie powiedziała...
- To
się nazywa szczerość w związku... - westchnął teatralnie i
objął mnie ramieniem. - Musimy o czymś poważnie porozmawiać? -
zapytał znacząco i znacznie mniej weselej.
- Tak
troszkę...
- Troszkę?
- Mhm,
troszkę.
Zrobił
minę w stylu 'mogło być gorzej znając ciebie” i poszliśmy do
sali z interaktywnym stołem, nad którym unosiły się akta
Warda, Leightona i jeszcze kilka innych rzeczy. Wszyscy zebrali się
wokoło i próbowali się wzajemnie przekrzyczeć.
- Dość
tego – przemówił Phil Coulson. - Zaraz będziemy na
miejscu.
- Leighton
jest nasz, tak jak cała akcja, w którą zostaliście
zamieszani z powodu Hydry.
- Leighton
– zaakcentował – jest pod nasza kuratelą i nikt nie będzie go
aresztował.
- Mogę
zdobyć nakaz prezydenta. - Uśmiechnęła się z wyższością, ale
na Coulsonie nie zrobiło to wrażenie.
- Odbijmy
Leightona z rąk Hydry, a później pomyślimy.
Heilari
przystała na tę propozycję, a po tym plan zaczął układać się
błyskawicznie. Wylądowaliśmy na terenie prywatnej rezydencji w
Westchester.
Misja cz. VI
Bałam
się poruszyć. Chociaż kosmitka zdawała się na nas nie patrzeć,
czułam się obserwowana.
- Jest
ślepa – wyszeptał Neal, wyciągając rękę w moim kierunku, bym
do niego podeszła.
Po
kilku sekundach w ciszy i absolutnym bezruchu, z domu wybiegła
Heilari i Darkehunter. Aiden, z tego co usłyszałam, miał za
zadanie obudzić właściciela domu.
Kosmitka
poruszyła się, dzięki czemu dostrzegłam długi ogon, dzięki
któremu utrzymywała równowagę. Przez chwilę nerwowo
bujała się a różne strony.
- Co
ona robi? - zapytałam cicho, bojąc się, że mnie usłyszy.
- Wyczuwa
znajomy zapach – odparł Hunt i przetorował sobie drogę.
Pewnym,
acz wolnym krokiem podszedł do niebieskiej przybyszki. Był niemal o
połowę niższy, ale nie przeszkadzało mu to. Wyciągnął rękę i
złapał ją za dłoń z pięcioma długimi, patykowatymi palcami.
- Jo,
to ja – przemówił łagodnie.
Była
niespokojna, zachowywała się jakby czuła mrówki na całym
ciele. Wyrwała rękę i wycelowała w Darkena swoją włócznię.
Ten cofnął się jak oparzony i uniósł obie ręce w obronnym
geście.
- Jeśli
choćby go draśnie... - szepnęła Heilari. - Zabije go. Zamieni w
proch.
To
nie brzmiało dobrze. Kalijo schyliła się, by „przyjrzeć” się
Darkehunterowi z bliska. Ten stał bezruchu z wysoko uniesioną
głową.
- Nikt
nie chce cię skrzywdzić – powiedział.
- Nic
nie mówi... - zauważyłam.
- Nie
może.
- Ale
dlaczego?
- To
długa historia, ale ona nie ma złych zamiarów. Musi robić
to, co jej każą.
Odwróciłam
wzrok od Heilari i popatrzyłam na wysoką kosmitkę z politowaniem.
Nie znałam jej historii, ale z tonu Heili wywnioskowałam, że nie
jest wesoła.
- Trzeba
jej zabrać włócznie – powiedziała.
- Zajmę
się tym.
Neal,
korzystając z tego, że Kalijo skupia całą swoja uwagę na
Hunterze, zaczął ja okrążać, by w końcu zbliżyć się do niej
od tyłu na kilkanaście metrów. Widziałam jak w jego rękach
pojawia się ogień, który formuje się w niewielką kulę.
Mógł dowolnie manipulować płomienień. Zarówno jego
kształtem jak i rozmiarem. Po krótkiej chwili ogniska płachta
opadła na grzbiet olbrzymki. Ta odwróciła się i wydawała z
siebie odgłos, jaki wydają jeżące się koty. Neal zrobił unik,
cudem unikając ostrza, a Hunt podbiegł do niej i złapał za
włócznie. Kosmita szarpnęła się i podniosła go w górę
na kilka metrów. Byłam pod wrażeniem jej siły, ale nie było
czasu na rozmyślania. Heilari pociągnęła mnie w jej stronę.
Jednak zatrzymałyśmy się przy samochodzie i mutantka otworzyła
bagażnik zdecydowanym ruchem. Kiedy wyciągała linę, na która
składały się setki srebrnych drucików, Darkehunter wciąż
walczył o przetrwanie. Kosmitka nie zamierzała odpuszczać i
szarpała go na wszystkie strony, jednocześnie unikając ataków
ze strony Neala.
- Złap
za drugi koniec, zwiążemy ją jakoś – krzyknęła do mnie H i
ruszyłyśmy przez podjazd, ciągnąc za sobą metalowy sznur.
Starając
się nie oberwać biegałyśmy wokół niebieskoskórej i
starałyśmy się związać jej nogi jak najciaśniej. Wkrótce
ciężko opadła na ziemie, ale nie przestawała się szamotać.
Wciąż walczyła, starała się nas nadziać na włócznie,
ale rękę, w której ją trzymała, zablokował jej Hunter. W
końcu straciła siły, a my wykorzystując sytuację związaliśmy
ją już porządniej.
- Dobra
robota – pochwaliła nas Heilari.
Męczyliśmy
się z nią jakieś dwadzieścia minut. Przybiłam piątkę z Nealem,
a Hunter posmutniał, pochylając się nad pokonaną.
- Będziesz
bezpieczna, obiecuję – powiedział do niej cicho, ale nie
wydawała się być tymi słowami specjalnie pocieszona.
- Co
teraz? - zapytałam.
- Za
godzinę zjawi się tu oddział SO.
- SO?
Zamkną ją gdzieś...
- Wiem
– odparła smutno, kładąc mi dłoń na ramieniu.
Zaraz
potem rozejrzała się po okolicy, a potem przypatrzyła się więzom.
- Zostawmy
ich, Hunter musi wrócić na Krym, a potem do Asgardu. Ale ona
musi być pod kontrolą.
Powoli
wróciliśmy pod drzwi i usiedliśmy na ławce. Aiden wyjrzał
przez okienko w holu, ale widząc, że sytuacja jest opanowana,
wrócił do Bastarda, by go poinformować.
- Dam
mu pół godziny. Później wsiadamy w samolot i
zostawiamy Hadesa z tym bajzlem.
Darkehunter
przestał wyglądać jak przerażający ork. Był załamany i miałam
ochotę go przytulić, mówiąc, że wszystko będzie dobrze.
Heilari poprosiła Neala by pomógł nam eskortować kosmitę
na Krym. Przez chwilę droczył się z nią i ostatecznie wyszło na
to, że wyświadcza nam tym przysługę, chociaż nieudolnie ukrywał
to, że bardzo chce jechać z nami.
Załatwiliśmy
tę sprawę i wróciliśmy na lotnisko, tym razem największe w
okolicy. Wróciliśmy do Włoch w południe następnego dnia.
- Mam
robotę na Ukrainie. Piszesz się? - Heilari stanęła w drzwiach
pokoju, gdy pakowałam swoje rzeczy do torby.
- Jasne.
Nie chcę wracać do domu. Jeszcze nie teraz.
- Kiedyś
będziesz musiała, wiesz o tym?
Cicho
westchnęłam, unikając jej wzroku.
- Kiedyś
pewnie tak. Kiedy lecimy.
- Jutro
rano. - Uśmiechnęła się. - Masz wolne popołudnie. Tylko nie pij
tyle, dobrze?...
- Postaram
się.
Postanowiłam
pozwiedzać. Nie sądziłam, że prędko wrócę do Rzymu, a to
miasto miało w sobie coś takiego, że po prostu chciało się tam
być i podziwiać. Wędrowałam uliczkami i kupiłam jeszcze więcej
pamiątek... Z Ukrainy blisko do Polski. Pomyślałam, że wpadnę do
Milki i obdaruję ją włoskimi upominkami.
Zaczęło
się ściemniać, a temperatura powoli spadała. Nie obchodziło mnie
to, bo oświetlony Rzym wywoływał jeszcze większy podziw.
Dotarłam
do fontanny Di Tredi i nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu badając
ją wzrokiem. Przepiękna... O tej porze nie było tam wielu ludzi,
więc przysiadłam na brzegu.
- Wrzuciłaś
już monety? - zapytał znajomy głos.
Odwróciłam
się by ujrzeć uśmiechnięte - bo jakżeby inaczej – oblicze
Neala. Podniosłam się, zerkając na wodę, gdzie faktycznie widać
było mnóstwo połyskujących drobniaków. Nim zdążyłam
zaprotestować okrył mnie swoją kurtką i cicho westchnął.
- Daj
mi dwie minuty.
Odszedł
kawałek dalej i odszedł w kierunku grupki ludzi, którzy
zmierzali w przeciwną stronę. Potrącił jakąś dziewczynę, a
potem odczekał chwilę i wrócił do mnie, dzierżąc w ręku
jej portfel. Wyciągając kilka eurocentów rzucił na mnie
okiem, sprawdzając moją reakcję na ten popis. W odpowiedzi
uśmiechnęłam się pobłażliwie i popatrzyłam na niego pytająco.
- Wrzucając
monetę spełnisz swoje życzenie. Jedną – wrócisz do
Rzymu, dwie – romans. - Puścił mi oczko. - A trzy ślub –
dodał szybko z miną z serii: „jakby co to mogę się z tobą
ożenić, ale może na razie się nie spieszmy”. - Weź ile
chcesz, odwróć się i wrzuć. Tylko traf. Szczególnie
jeśli wybierzesz dru...
- Dobra
już, dobra – przerwałam mu ze śmiechem, szybko zabrałam z jego
dłoni dwie monety, odwróciłam się i wrzuciłam je do
fontanny.
Potem
bez słowa ruszyłam przed siebie, naturalnie uśmiechając się jak
nienormalna.
Misja cz. III
I mamy kolejną część mojego tworu, którego NIE POWINNO SIĘ CZYTAĆ. :)
Inaya
i Elizabeth siedziały za sterami, podczas gdy Heilari ucięła sobie
drzemkę w którymś z mini pokojów. Moim zadaniem było
pilnowanie Leightona. Gdy tylko przebrałam się z suche ubrania,
usiadłam w fotelu nieopodal związanego kablami mężczyzny i
wyjęłam z kieszeni telefon. Mutantka wcześniej go ogłuszyła,
więc aż do pewnego momentu nie sprawiał żądnych kłopotów.
- Gdzie
jestem?... - niemrawo wyszeptał.
- W
samolocie, w drodze do LA.
Prychnął
ze złością, ale nie przejęłam się jego humorem. Gość miał
ponad czterdzieści lat i mogłabym nazwać go sympatycznym facetem,
gdyby nie to, że wiedziałam jak zarabia na życie. Ludzie z branży
nazwali go „Konstruktorem”. Zna się na najgroźniejszych
technologiach znanych człowiekowi i tę wiedzę wykorzystuje w
najgorszy możliwy sposób. Zawiera umowy z terrorystami i
dyktatorami. Wątpiłam, że odczuwa czasami wyrzuty sumienia.
Kiedy
wylądowaliśmy w bazie SO w Los Angeles, Heilari kazała swoim dwóch
agentkom zająć się Leightonem i uważać, by nikt niepożądany
nie zamienił z nim słówka. Szpiedzy mogli czaić się
wszędzie.
Piętnaście
minut później znowu byłyśmy w powietrzu. Tym razem obydwie
siedziałyśmy w kokpicie pilotów.
- Po
co lecimy do Nowego Jorku? - zapytałam od niechcenia.
Na
zewnątrz było już jasno.
- Muszę
się spotkać z Hadesem – odparła dość ponuro.
- Kto
nim jest? To znaczy Clint radził sobie dobrze, ale miał bliżej
raczej do końca drogi...
- Obecny
Hades to szczeniak. Ale cenią go ze względu na moc.
- To
znaczy?
Uśmiechnęła
się pod nosem.
- Blokuje
moce innych.
Zdziwiłam
się, a ona wydawała się być usatysfakcjonowana moją miną.
- Twoją
też? - zadałam to pytanie z drobnym wahaniem.
- Lepiej
żeby wszyscy tak myśleli.
SO
to dobrze rozwinięta i świetnie zorganizowana organizacja
szpiegowska, zrzeszająca mutantów z całego świata. Liczba
ich baz robiła wrażenie nawet na wysokich urzędnikach, a poziom
wyszkolenia agentów także przynosił wstydu szefostwu. Baza w
Nowym Jorku należała do jednej z najlepszych placówek w
kraju. Wylądowałyśmy na prywatnym lotniku i niemal natychmiast
otrzymałyśmy kluczyki do czarnego mercedesa. Leciałyśmy cały
dzień i niebo zaczęło szarzeć, ale Heilari spieszyła się i nie
chciała robić przerwy. Wyjechałyśmy z podziemnego parkingu z
piskiem opon.
- Gdyby
co... piszesz się na jakąś akcje?
- Jaką?
- Zobaczymy
czy w ogóle coś się trafi. - Wzruszyła ramionami. - Ale
raczej nie chcesz wracać do domu, hmm?
Pokręciłam
głową. W samolocie co pięć minut dzwoniłam do Ray'a, chcąc
wyjaśnić wszystko, co zaszło poprzedniej nocy. Heilari zabrała mi
komórkę i zagroziła, że jeśli jeszcze raz spróbuję
się z nim skontaktować, to wyrzuci mnie przez okno.
Zatrzymałyśmy
się przed barem w dość ruchliwej okolicy, a widząc szyld na moją
twarz natychmiast wpłynął promienny uśmiech. Wysiadłyśmy z
samochodu i pewnym krokiem przekroczyłyśmy próg niedużego
lokalu, który nie był jeszcze zapchany klientami.
Za
barem stał niski, łysy mężczyzna z kilkunastoma kolczykami na
twarzy i uszach. Jego cherlawe ciało zdobiło mnóstwo
więziennych tatuaży. Miał na sobie dość zniszczone ubrania, a w
rękach trzymał kufel, który leniwie wycierał wysłużoną
szmatką. Podniósł na nas wzrok i natychmiast rozłożył
ręce w geście powitania.
- A
kogóż to moje piękne oczy widzą! Remy!
Szybko
podeszłam do niego i uściskałam go tak mocno, że zaczął
pokasływać.
- Nie
pal tyle, Wróbelku! - skarciłam go, wyczuwając
charakterystyczny smród.
- Nie
palę, to klienci! - odparł z miną niewiniątka, a chwilę później
zmierzył mnie wzrokiem i niemal ze wzruszeniem powiedział:
- Wyrosłaś,
dziecino. Pamiętam jak przychodziłaś tu z tatą.
Wywróciłam
oczami i usiadłam na stołku, Heilari przyłączyła się do mnie,
gdy odwiesiła kurtki.
- Co
u ciebie słuchać, córcia? Jak idzie interes? Przeniosłaś
się tu? Przydałby mi się zaufany fałszerz... - Znacząco
poruszył brwiami.
- Nie
rób robi nadziei, Wróbel – odpowiedziała za mnie
mutantka. - Ma legalny biznes i dopilnuje, by nie wmieszała się
jakieś gówno. A teraz polej nam tequili, co łaska.
- Wielka
szkoda – westchnął, stawiając przed nami małe szklaneczki. -
Ciężko teraz o kogoś porządnego.
- Może
kiedyś...
Heilari
wypłynęła na mnie spod byka, więc uśmiechnęłam się
przepraszająco i jednym haustem opróżniłam szklankę.
- Jeszcze
raz – powiedziałam. - Mamy zły dzień.
Dolał
mi i zostawił butelką na blacie, kiwając głową ze zrozumieniem.
- To
o której masz spotkanie? - zapytałam.
- Daje
mu dziesięć minut, a potem idziemy stąd.
- Więc
mam dziesięć minut żeby się upić.
Dolewałam
sobie piątą kolejkę, gdy Heilari podniosła się z miejsca i
uścisnęła dłoń, komuś kto przed chwilą wszedł i do nas
podszedł. Kiedy z mocą odłożyłam naczynie, odwróciłam
się i prawie spadłam z krzesła.
- Ej!
To mój stajenny! - powiedziałam nieco za głośno.
Aiden
Flatts był zdziwiony równie mocno jak ja. Co prawda
okazywał to trochę subtelniej, ale jednak.
- To
jest twój Hades? Mój stajenny? - zwróciłam się
do Heilari, nieco bełkocząc.
Kobieta
wodziła wzrokiem między nami, ale szybko się otrząsnęła.
- Nie
ważne. Skupmy się.
Chłopak
uśmiechnął się do mnie niepewnie, ale widząc, że nie drążę
tematu, a zamiast tego zabieram się za nalewanie alkoholu, spokojnie
usiadł obok Heilari i zamówił sobie piwo.
Przez
jakiś czas wpatrywałam się w telewizor. Nadawali jakiś mecz
koszykówki...
- Pssst,
Wróbelku... - szepnęłam.
Barman
spojrzał na mnie, na pustą butelkę, a potem znowu na mnie.
Pokręcił głową.
- Nie
bądź taki...
- Remy,
nie powinnaś.
- Nie
jestem Remy...
Skołowany
barman wzruszył ramionami. Opadłam na bar, a po chwili wylegiwania
się i symulowaniu płaczu podniosłam się i zaczęłam stukać
Heilari w ramie. W końcu odwróciła się do mnie z miną z
serii: „czego znowu chcesz, zachlana wariatko?”.
- Skop
Wróbelkowi dupę – powiedziałam tonem dziecka, któremu
starsi koledzy zabrali zabawkę.
- Sama
to zrób.
- Boję
się...
- To
siedź cicho.
Ponownie
ułożyłam głowę na blacie, a potem znowu zaczepiłam zmęczoną
moim zachowaniem Heilari.
- Daj
mi telefon.
- O
na pewno nie.
- No
daj, muszę do niego zadzwonić i błagać o wybaczenie...
- Nie
ma mowy.
Odwróciła
się, a Wróbel podszedł do mnie i wręczył chusteczkę,
widząc, że zbiera mi się na płacz.
- Powiedział,
że mogę już nie wracać... - zawyłam cichutko, ale i tak
sprowadziłam na siebie uwagę osób, które znajdowały
się najbliżej.
- Kto,
kochanie? Mogę wysłać kilku chłopców, żeby się zajęli
tym debilem.
- Nie,
to moja wina. - Żałośnie pociągnęłam nosem. - Praktycznie go
zdradziłam. Jestem beznadziejna.
- Nie
jesteś, no już, nie płacz – pocieszał mnie, ale na nic. Musiał
przynieść więcej chusteczek.
- O
co chodzi? - zapytał Aiden.
Chciałam
mu odpowiedzieć, ale mój płacz przeszedł na wyższy poziom
i nie mogłam z siebie wykrztusić ani słowa. Heilari streściła
historię, a on pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Weźcie
ją ze sobą, bo nie mogę patrzeć... - powiedział Wróbel
do dwójki.
- A-ale
gdz-dzie...? - wydukałam, łapiąc oddech.
- Do
Włoch. Mamy tam małą anomalię, której trzeba się
pozbyć... - wyjaśniła mutantka.
Szybko
wytarłam łzy i wydmuchałam nos. Odrzuciłam kolejną chusteczkę
do kosza, który zapełniłam już niemal w stu procentach.
- Piszę
się. Proszę, muszę skupić się na czymś innym.
Aiden
i Heilari wymienili się spojrzeniami. A po krótkiej nardzie
zgodzili się mnie zabrać.
- Zabiorę
sprzęt do hotelu i wrócę do was. Pilnuj, żeby nic nie
odwaliła – powiedziała mutantka w kierunku chłopaka, który
skinął głową i zerknął na mnie ze zmartwioną miną.
- Wszystko
gra? - zapytał.
- Nie,
ale miło, że pytasz.
- Wygadaj
się.
- Ty
jakoś nie chciałeś się wygadać i powiedzieć kim naprawdę
jesteś.
Przekręcił
głowę i popatrzył na mnie znacząco.
- Okey,
nie mogłeś, wiem... - odpowiedziałam sama sobie i westchnęłam.
- To tylko trochę dziwne nagle się dowiedzieć, że gość,
którego się zatrudniło do wynoszenia gnoju z boksów
jest najlepszym zabójcą SO.
- Nie
wiedziałem, że w tym siedzisz, wybacz.
- Nie
siedzę... Byłam raczej „tą złą” przez jakiś czas. Dlatego
znam Wróbelka – uśmiechnęłam się do barmana, który
szybko odwzajemnił gest, obsługując kolejnego klienta.
- Muszę
przeczytać twoje akta, bo zżera mnie ciekawość – powiedział
wesoło.
- Jest
co czytać... - Uśmiechnęłam się.
Po
kilku minutach przyszła po nas Heilari.
- Ja
zapłacę – zaproponował Aiden, ale Wróbelek
zaprotestował.
- Firma
stawia – powiedział. - I Remy, gdyby co to przyjdź i daj mi
namiary na tego gościa. Stłuczemy go aż miło.
Uśmiechnęłam
się krzywo i opuściliśmy lokal nazwany na cześć właściciela
„Wściekły Wróbel”. Od hotelu dzieliło nas kilka
przecznic, które pokonaliśmy spacerem, bo Heilari zostawiła
auto już pod budynkiem. Trzymana z jednej strony przez mutantkę, z
drugiej przez stajennego-mordercę, jakoś doczłapałam się do
punktu docelowego. Na chwilę usiadłam na fotelu przy recepcji i
nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Poruszałam
się, chociaż nie dotykałam nogami podłogi. Coś było nie tak,
powolutku otworzyłam oczy i zobaczyłam Aidena.
- C-co...
- wymamrotałam, chcąc zapytać, co się dzieje.
- Cii,
wszystko jest okej – szepnął, a idąca obok Heilari parsknęła
śmiechem. Nikt nie potrafi parskać z taką pogardą.
- Schlałaś
się, dziecino i tyle. Jutro o dziesiątej mamy lot, więc
powodzenia.
- Da
radę – wstawił się za mną.
- Dzii...
- podziękowałam mu.
- Dobra,
do jutra – powiedziała mutantka i weszła do swojego pokoju.
Aiden
wniósł mnie do, jak się domyśliłam, mojego i delikatnie
położył na łóżku.
- Będziesz
miała kaca jak stąd do Kambodży – zachichotał, przykrywając
mnie kołdrą.
Chociaż
głowa nie działała tak sprawnie jakbym chciała, to ręce już
bardziej, więc pociągnęłam go na koszulkę z wizerunkiem szczura.
Zamierzałam po prostu go szarpnąć na znak, że ma nie żartować z
mojego samopoczucia, ale jakoś tak wyszło, że w sumie
przyciągnęłam go do siebie, A co robi porzucona, pijana Ruska, gdy na
przed sobą zupełnie niebrzydkiego super szpiega? Całuje go.
Zdawało
mi się, że na chwilę całkiem otrzeźwiałam, a ktoś ukryty pod
łóżkiem potraktował mnie paralizatorem. Aiden był zbyt
zaskoczony moją inicjatywą bo nie przerwał tego tak szybko, jak
mogłam się spodziewać. Kiedy na chwilkę otworzyłam oczy
zobaczyłam, że nie wygląda na zaskoczonego, a raczej na dość
zadowolonego. Uśmiechnął się do mnie i przysiadł na brzegu
łóżka.
-
Przemyśl to – powiedział, nadal nie mogąc powstrzymać
uśmiechu. A ja jak ostatnia idiotka zaczęłam się chichrać i
ukryłam czerwoną twarz w poduszce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
